Magia
losowań bierze się pewnie stąd, że czekanie na mecz jest równie klawe jak sam
mecz. Daje czas, żeby obudować rywalizację odpowiednimi fabułami – na długo
przed pierwszym gwizdkiem. W przypadku Ligi Mistrzów to – podobnie jak same
rozgrywki – fabuły najwyższej próby.
Mające
najwięcej reprezentantów ligi - angielska z niemiecką - spotkają się tylko raz,
ale za to konkretnie: Arsenal zmierzy się z Bayernem. Los ukarał Kanonierów za
przegranie ostatniego meczu w Neapolu - i oddanie pierwszego miejsca w grupie -
najsurowiej jak mógł, przydzielił im obrońcę trofeum, mocarny Bayern. Ale i
Guardiola nie ma lekko - jak już wyrwał się z Katalonii, by gdzie indziej
klecić drużynę znów zjawiskową, to poprzeczka nie chce obniżyć się ani o
milimetr. Przejął przecież zespół doskonały, który wygrał wszystko i żeby
przebić poprzednika musi wygrać trochę więcej niż wszystko - czyli obronić
Puchar Mistrzów. I od razu po wstępnej grupowej rozgrzewce trafia na Arsenal,
urzekający w tym sezonie jak bardzo dawno nie. Co ciekawe, za początek odbudowy
drużyny Wengera uważa się mecz właśnie w Monachium z zeszłego sezonu, wygrany
2:0, gdzie niewiele dzieliło londyńczyków od sensacyjnego awansu.
Anglicy
z Hiszpanami także spotkają się tylko raz, ale za to równie elektryzująco -
Manchester City zagra z Barceloną. Na los psioczyć mogą i szejkowie, najpierw,
w debiutanckich w elicie sezonach, nie umieli wyjść z trudnych grup, a jak już
wyszli, to przydzielili im drużynę z Camp Nou. Spotkanie dwóch latynoskich
fachowców na ławkach trenerskich; Manuel Pellegrini – żywy dowód na to, że nie
tylko piłkarze masowo emigrują z Hiszpanii na Wyspy – wraca na Półwysep
Iberyjski z tiki-taką przyszłości?
Szybszą, prostszą, skuteczniejszą? Spotkają się też koledzy z ataku reprezentacji
Argentyny, marzący, by razem porozrabiać za niedługo w Brazylii. Messi kontra
Aguero, o ile będą zdrowi, na dzień dzisiejszy obaj nie grają. Trener Martino
zamierzał trafić z najwyższą formą na dwa ostatnie miesiące sezonu, teraz musi chyba
pozmieniać nieco plany, żeby nie pożegnać się z Ligą Mistrzów zanim wiosna
rozpocznie się na dobre. Ktoś pamięta, kiedy ostatnio Barcelona odpadła już w
lutym?
Spokojniejszą
przeprawę powinien mieć drugi klub z Manchesteru. David Moyes w końcu ma
szczęście - przynajmniej na papierze - i zagra z Olympiakosem.
Łatwiej
niż Arsenal i City ma też Chelsea, która zagra z Galatasaray. Podróż
sentymentalna Didiera Drogby w rodzinne strony. Na Stamford Bridge spotka
kompanię braci - Terrego i Lamparda - oraz futbolowego ojca Mourinho. Podobnie
zresztą jak i Wesley Snejider, który przy Portugalczyku rozgrywał sezon życia
(wygrał z Interem Ligę Mistrzów, z Holandią zdobył wicemistrzostwo świata). I pomyśleć,
że byli tacy, którzy wykpiwali obydwu graczy zarzucając im udanie się na
dobrowolną przedwczesną emeryturę gdzieś na prowincji wielkiego futbolu. Ładna
mi emerytura – Iworyjczyk z Holendrem przeprowadzili decydującą akcję
wyrzucającą za burtę wielki Juventus.
Smutno
może wyglądać rywalizacja Atletico z Milanem. Wścieklizna graczy Simeone ma
klasyczne objawy: jak tylko poczują krew, najmniejszą słabość, czy choćby i
chwilę zawahania, to natychmiast rzucają się swoim ofiarom do gardeł, bez szans
na litość. Milan przypomina ledwie zipiącego umarlaka, symbolami ich degrengolady
są nawet chwile triumfu – obrazki z szalonej radości po golach strzelanych
drwalom w Glasgow, czy zwycięski remis z dzieciarnią z Amsterdamu. I mimo że –
o paradoksie! - jako jedyni Włosi przetrwali rozgrywki grupowe, już widzę
śliniących się piłkarzy z Madrytu. Jeden zmartwychwstały Kaka to za mało.
Jeszcze
lepiej niż sąsiedzi zza miedzy trafił Real - zagra z Schalke. Obowiązek do
odbębnienia.
Borussia Dortmund zmierzy się z Zenitem i – mimo że ma swoje problemy –
trudno przypuszczać, by z Rosjanami sobie nie poradziła. Ludy wschodnie
tradycyjnie mogą nie wybudzić się na czas z ligowej przerwy zimowej.
W
ostatniej parze Bayer Leverkusen zmierzy się z PSG i ciężko tu o inną fabułę
niż rozgrzewający spacerek paryskich książąt. Będzie mógł podokazywać sobie Zlatan,
będą mogli poużywać sobie ci, którzy w nadzwyczajnych wyczynach Szweda widzą
popisy giganta znęcającego się nad malutkimi. I szybko przypomną, że Ibra
więdnie w meczach z elitą. Przyjdzie mu poczekać do ćwierćfinałów, by
udowodnić, że jest inaczej.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz