Liverpool był jak ożywczy powiew. I nie chodzi nawet o to,
że znienacka odbił się od bylejakości - zaczął wygrywać, usadowił się w
czubie tabeli, bił się o mistrza. Imponował szczególnie stylem, w jakim to
się odbywało, stylem nawiązującym do innej legendarnej ekipy tego miasta -
Beatlesów. Bo The Reds - używając języka Jurgena Kloppa - grali rock and rolla:
szybko, dynamicznie, głośno.
Pewnie to właśnie tym kupili kibicowskie serca. Ofensywa
złożona ze zjawiskowych improwizatorów (Suarez - Sturridge - Sterling -
Coutinho) atakowała bez opamiętania, każdy wywierał na obrońcach rywala ciągłą
presję, wysoki pressing pozwalał odbierać piłkę bardzo blisko pola karnego przeciwnika i nadgryzać raz
za razem zaskoczonego i niezorganizowanego rywala. W szaleńczym pressingu
brylował zwłaszcza Suarez, reszta kolegów brała przykład, dlatego Liverpool organizował
co chwila naloty dywanowe na wrogie pola karne. Nikt nie był niewolniczo
przywiązany do swojej pozycji, napad był ruchliwy, rozedrgany, wściekle
biegający wszędzie, jakby miał ADHD. Wymienność pozycji, improwizacja,
wyobraźnia, zamiłowanie i umiejętność dryblingów sprawiały, że dla ofensywy The
Reds nie było rzeczy niemożliwych. Zresztą cały zespół zapominał się w tym
ataku, przypominał piekielnie zdolną sforę chłopaków z osiedla, którym ktoś
rzucił piłę - grajcie, bawcie się, atakujcie, mniejsza o odpowiedzialność, czy
zabezpieczanie tyłów. Drużyna miała twarz roztańczonego Sturridga.
rozdryblowanego Sterlinga i twórczego do szaleństwa Suareza. O obronie
zapominała, bo zazwyczaj udało się więcej strzelić niż stracić. To był rock and
roll ekipy Rodgersa.
I z tego rock and rolla na tą chwilę pozostało niewiele. Liverpool znów gra
ciężko, monotonnie, bez fajerwerków. Zwyczajnie nudno. Najłatwiej znaleźć
winnego w osobie Mario Balotellego (Suarez strzelał, ten nie strzela, mimo, że
strzela najczęściej w lidze, to jednak wciąż jest bez gola. Suarez zajadle
bronił, biegał od obrońcy do obrońcy, maniacko naciskał, Mario do bronienia
czuje wstręt. Suarez wymyślał mnóstwo asyst, Balotelli jak ma piłkę w obrębie
pola karnego, to szuka tylko strzału, kolegów widzieć nie chce, albo nie umie.
Suarez był wspaniale skomponowany z drużyną, Mario sprawia wrażenie, że jest osobną wyspą i gra zazwyczaj swój
mecz).
Ale to tłumaczenie najprostsze. By nie powiedzieć -
najgłupsze. Choćby dlatego, że Liverpool zaczynający poprzedni sezon nazbierał
więcej punktów (uśredniając) bez Suareza niż potem z nim. Problem w tym, że The Reds
nie funkcjonują jako całość - stracili najcenniejsze atuty zeszłej kampanii,
przy jednoczesnym zachowaniu wszystkich wad. Nie istnieje cała mordercza
ofensywa - Sturridge od początku sezonu się leczy, nie mogąc się wyleczyć,
Sterling jest przemęczony, od zeszłej kampani jest jednym z najbardziej
eksploatowanych nastolatków w Europie (w tym doszła jeszcze kadra i Liga
Mistrzów), Wykańcza go nie tylko ilość gier, ale i morderczy, zabójczo
dynamiczny styl gry. Coutinho jest wyraźnie pod formą.
Ofensywny kwartet mało kreuje i mało strzela. I nie
przykrywa już błędów obrony, która jak była pokraczna tak pokraczna jest nadal. Już w
zeszłym sezonie żartowano: Jak chcemy zobaczyć w Anglii wynik dwucyfrowy to
wypuśćmy atak Liverpoolu na jego obronę. A niedawno Robin van Persie wyśmiał
słowa Brendana Rodgersa mówiące, że Balotelli na treningach strzela, aż miło.
Nic dziwnego - napisał Holender na Twitterze - gra przecież naprzeciw obrońców
The Reds..
Nie
zbudowano też (przynajmniej na razie) głębi składu, transfery wyglądają na przypadkowe
i nieudane. Mówi się, że Lambert, Lallana, Moreno, czy Markovic, to nie są
nazwiska, które wydatnie podniosą wartość sportową drużyny. A już na pewno nie
na poziom Ligi Mistrzów. Więc w momemcie, w którym nie ma Sturridga, niedomagają
Coutino ze Sterlingiem, nie funkcjonuje Balotelli to chciałoby się powiedzieć –
nie ma niczego. Bo przecież nie tylko Mario nie strzela. Nie strzelają też Lambert,
nie strzela Borini. Cała trójka nie wbiła gola w Premiere League od blisko
dziesięciu godzin.
Na tym tle sytuacja sobotniego rywala - Chelsea - wygląda
sielsko. Doskonałe zakupy. Imponujące wyniki. Bogata kadra, zespół
wyglądający na kompletny. Nawet nałogowy, werbalny zadymiarz Mourinho sprawia wrażenie zrelaksowanego -
nikogo nie krytykuje, nikogo nie zaczepia, nikt mu nie przeszkadza. Wokół Chelsea spokój, jak w tym
akapicie o niej. Spokojnie i po cichu kroczy do mistrzostwa.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz