piątek, 7 listopada 2014

Utracona lekkość bytu


Liverpool był jak ożywczy powiew. I nie chodzi nawet o to, że znienacka odbił się od bylejakości - zaczął wygrywać, usadowił się w czubie tabeli, bił się o mistrza. Imponował szczególnie stylem, w jakim to się odbywało, stylem nawiązującym do innej legendarnej ekipy tego miasta - Beatlesów. Bo The Reds - używając języka Jurgena Kloppa - grali rock and rolla: szybko, dynamicznie, głośno.

Pewnie to właśnie tym kupili kibicowskie serca. Ofensywa złożona ze zjawiskowych improwizatorów (Suarez - Sturridge - Sterling - Coutinho) atakowała bez opamiętania, każdy wywierał na obrońcach rywala ciągłą presję, wysoki pressing pozwalał odbierać piłkę bardzo blisko pola karnego przeciwnika i nadgryzać raz za razem zaskoczonego i niezorganizowanego rywala. W szaleńczym pressingu brylował zwłaszcza Suarez, reszta kolegów brała przykład, dlatego Liverpool organizował co chwila naloty dywanowe na wrogie pola karne. Nikt nie był niewolniczo przywiązany do swojej pozycji, napad był ruchliwy, rozedrgany, wściekle biegający wszędzie, jakby miał ADHD. Wymienność pozycji, improwizacja, wyobraźnia, zamiłowanie i umiejętność dryblingów sprawiały, że dla ofensywy The Reds nie było rzeczy niemożliwych. Zresztą cały zespół zapominał się w tym ataku, przypominał piekielnie zdolną sforę chłopaków z osiedla, którym ktoś rzucił piłę - grajcie, bawcie się, atakujcie, mniejsza o odpowiedzialność, czy zabezpieczanie tyłów. Drużyna miała twarz roztańczonego Sturridga. rozdryblowanego Sterlinga i twórczego do szaleństwa Suareza. O obronie zapominała, bo zazwyczaj udało się więcej strzelić niż stracić. To był rock and roll ekipy Rodgersa.

I z tego rock and rolla na tą chwilę pozostało niewiele. Liverpool znów gra ciężko, monotonnie, bez fajerwerków. Zwyczajnie nudno. Najłatwiej znaleźć winnego w osobie Mario Balotellego (Suarez strzelał, ten nie strzela, mimo, że strzela najczęściej w lidze, to jednak wciąż jest bez gola. Suarez zajadle bronił, biegał od obrońcy do obrońcy, maniacko naciskał, Mario do bronienia czuje wstręt. Suarez wymyślał mnóstwo asyst, Balotelli jak ma piłkę w obrębie pola karnego, to szuka tylko strzału, kolegów widzieć nie chce, albo nie umie. Suarez był wspaniale skomponowany z drużyną, Mario sprawia wrażenie, że jest osobną wyspą i gra zazwyczaj swój mecz).

Ale to tłumaczenie najprostsze. By nie powiedzieć - najgłupsze. Choćby dlatego, że Liverpool zaczynający poprzedni sezon nazbierał więcej punktów (uśredniając) bez Suareza niż potem z nim. Problem w tym, że The Reds nie funkcjonują jako całość - stracili najcenniejsze atuty zeszłej kampanii, przy jednoczesnym zachowaniu wszystkich wad. Nie istnieje cała mordercza ofensywa - Sturridge od początku sezonu się leczy, nie mogąc się wyleczyć, Sterling jest przemęczony, od zeszłej kampani jest jednym z najbardziej eksploatowanych nastolatków w Europie (w tym doszła jeszcze kadra i Liga Mistrzów), Wykańcza go nie tylko ilość gier, ale i morderczy, zabójczo dynamiczny styl gry. Coutinho jest wyraźnie pod formą.

Ofensywny kwartet mało kreuje i mało strzela. I nie przykrywa już błędów obrony, która jak była pokraczna tak pokraczna jest nadal. Już w zeszłym sezonie żartowano: Jak chcemy zobaczyć w Anglii wynik dwucyfrowy to wypuśćmy atak Liverpoolu na jego obronę. A niedawno Robin van Persie wyśmiał słowa Brendana Rodgersa mówiące, że Balotelli na treningach strzela, aż miło. Nic dziwnego - napisał Holender na Twitterze - gra przecież naprzeciw obrońców The Reds..

Nie zbudowano też (przynajmniej na razie) głębi składu, transfery wyglądają na przypadkowe i nieudane. Mówi się, że Lambert, Lallana, Moreno, czy Markovic, to nie są nazwiska, które wydatnie podniosą wartość sportową drużyny. A już na pewno nie na poziom Ligi Mistrzów. Więc w momemcie, w którym nie ma Sturridga, niedomagają Coutino ze Sterlingiem, nie funkcjonuje Balotelli to chciałoby się powiedzieć – nie ma niczego. Bo przecież nie tylko Mario nie strzela. Nie strzelają też Lambert, nie strzela Borini. Cała trójka nie wbiła gola w Premiere League od blisko dziesięciu godzin. 

Na tym tle sytuacja sobotniego rywala - Chelsea - wygląda sielsko. Doskonałe zakupy. Imponujące wyniki. Bogata kadra, zespół wyglądający na kompletny. Nawet nałogowy, werbalny zadymiarz Mourinho sprawia wrażenie zrelaksowanego - nikogo nie krytykuje, nikogo nie zaczepia, nikt mu nie przeszkadza. Wokół Chelsea spokój, jak w tym akapicie o niej. Spokojnie i po cichu kroczy do mistrzostwa.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz