środa, 19 lutego 2014

Arsenal - Bayern, czyli jak zarządzać miłością


Arsenal zagra dziś o ćwierćfinał LM z Bayernem, a w tle rywalizacji czysto piłkarskiej spotkają się dwie odmienne filozofie w gospodarowaniu – wybaczcie język ekonomistów – trybunami. By zobaczyć na żywo Arsenal potrzeba pękatego portfela, pooglądać gwiazdy Bayernu może nawet bezrobotny.

Wejściówki na Emirates są najdroższe na świecie, paradoks polega na tym, że płacić trzeba najwięcej za produkt wcale nie z najwyższej półki. Arsenal od wielu lat nic nie wygrał, regularnie odpada z walki o prymat w kraju i Europie, zanim jeszcze rywalizacja wejdzie w decydującą fazę. Logika rynku rządzi się tu jednak swoimi prawami – kibice chcą oglądać zespół mimo porażek, bilety i karnety na Emirates są najtrudniej dostępne w lidze.

Kibice płacą, ale i płaczą. Rozżala ich brak sukcesów, drażni wstrzemięźliwość na rynku transferowym, nieadekwatna do sytuacji ekonomicznej klubu (najzdrowszej w lidze). Na inauguracje ligi, podczas przegranego meczu z Aston Villą, jeszcze przed transferem last minute Ozila, oburzone trybuny ryczały w kierunku Wengera: „Spend this fucking money!”. A kiedy Arsenal ogłosił ceny wejściówek na mecz z Bayernem, idące nawet w kilkaset funtów, spora część kibiców rozdyskutowała się na forach, czy aby na znak protestu nie zbojkotować meczu.

Oburzyli się też fani Bayernu, kiedy dowiedzieli się, że za przywilej obejrzenia swoich ulubieńców w Londynie przyjdzie im wzbogacić kanonierową kasę aż sześćdziesięcioma dwoma funtami. Z pomocą przyszli monachijscy włodarze – od swoich kibiców wzięli funtów trzydzieści siedem, resztę postanowili dofinansować z własnej, znaczy - bayernowej, kieszeni. Uważamy to za niezbędne do wyrażenia naszego podziękowania za wasze wsparcie przez cały miniony 2013 rok – napisali w oświadczeniu.

Nie był do jednak jednorazowy gest dobrej woli. Polityka Bayernu (i większości niemieckich klubów) zakłada umożliwienie obejrzenia swoich drużyn każdemu – i kadrze zarządzającej korporacjami, i bezrobotnemu. Wejściówki za sektory za bramką należą do najtańszych w Europie, oscylują wokół kilkunastu euro, vipowskie loże należą do najdroższych. Działacze na każdym kroku podkreślają, że polityka cenowa ma być skonstruowana tak, by Bayern był dostępny dla wszystkich i każdy znalazł na nim swoje miejsce wedle upodobań i oczekiwań. Nie jest to jednak oderwany od sportowo-rynkowych realiów kibicowski egalitaryzm, dbanie o publikę mniej zamożną, za to chętnie angażująca się tworzenie meczowej atmosfery, ma też konkretny wymiar: Bayern jest klubem światowej klasy nie tylko poprzez  występy na boisku, ale też dbałość o doping, który tak pomaga piłkarzom – twierdzą w przywoływanym już oświadczeniu.

Bo dbają monachijczycy jeszcze o to, by trybuny były pełne przez cały czas. Tym, których stać było na wykupienie całosezonowych karnetów z cwaniactwa (i którzy chodzą tylko na szlagierowe mecze, odpuszczając te – w ich mniemaniu – mniej ważne) klub grozi tychże karnetów odebraniem, jeśli nie będą chodzić regularnie. 5200 fanów otrzymało pismo z nowymi zasadami – muszą pojawić się na stadionie minimum 8 razy w sezonie. Chcemy utrzymać atmosferę na trybunach, a w ostatnim sezonie za dużo miejsc było wolnych, mimo że biletów nie było – twierdzi rzecznik bawarskiego klubu.

W swojej filozofii co do trybun Niemcy znaleźli złoty środek. Piękne, nowoczesne stadiony są pełne; pełne i zamożnych, chętnie zostawiających – w klubowej kasie, sklepikach, restauracjach – grubą monetę fanów, i tych zamożnych mniej, którzy dzięki temu, że inni wydają więcej, sami wydają niewiele, odwdzięczając się robieniem kapitalnej atmosfery, która także przyciąga na pozostałe sektory. Niemieckie młyny, kotły, żylety pękają w szwach, są rozśpiewane i kolorowe, dowodzą, że modern football nie musi oznaczać wymiany publiczności na krewetkową, która zabije stadionową atmosferę, jak to miało miejsce w Anglii.

Wyjątkowość filozofii Bayernu zrozumieć można w pełni, kiedy uświadomimy sobie, że mowa o klubie o najwyższej wartości sportowej, nie bez racji obwoływanym najlepszym obecnie na świecie. Zdobywcy wszystkiego w poprzednim sezonie, ale też hegemona europejskiego już od kilku lat. Nim Bayern wziął ostatniej wiosny Ligę Mistrzów, bił się przecież wcześniej w finale z Chelsea (2012), jeszcze wcześniej w finale z Interem (2010). Trzykrotny finalista w ostatnich czterech latach, teraz dziarsko kroczy po finał kolejny.

A mimo to, ceny monachijskich karnetów są wybitnie konkurencyjne wobec – dużo słabszej przecież sportowo – reszty. Jak donosi Rafał Stec – najtańsze sezonowe Bayernu kosztują 140 euro, więcej zapłacić muszą fani Borussi (190), Interu (200), Juventusu (410), Chelsea (714) i Arsenalu (1182). Wyobraźmy sobie, ile razy droższe – teraz w stosunku do Bawarczyków niemal dziesięciokrotnie – byłyby te londyńczyków, gdyby na boisku prezentowali się tak imponująco, jak Bayern?

Mądrość Bawarczyków polega na tym, że zyskują dzięki temu trudno policzalną korzyść. Posłuchajcie dziś odgłosów z trybun Emirates, zapewniam, że słyszeć będziecie niemal wyłącznie Niemców z wylewającego się sektora za bramką, po prawej stronie ekranu. Ich ulubieńcy też będą to słyszeć, odnosząc przy tym wrażenie, że grają u siebie. I zyskując jednocześnie sporo mentalnej przewagi. A jeśli te – istotne przecież – detale pomagają w awansach do kolejnych rund, to filozofia bayernowych działaczy staje się nagle bardziej policzalna - kiedy odbierają przelewy z kont UEFA za wyniki w Lidze Mistrzów.

Kto wie, może to jest właśnie ów brakujący element, przez który chciwy Arsenal nic od lat nie wygrywa? 

4 komentarze :

  1. Fenomenalny felieton!
    Co do samego meczu: uważam iż tak jak w rywalizacji City z Barca tak i Arsenal z Bayernem, rywallizacje zabija jedna decyzja sedziego czyli czerwona kartka dla gracza faulującego. Nie podwarzam broń boże ich słuszności, piłkarz wychodzący na czystą pozycje jest faulowany toż winowajca wylatuje z boiska. Ale przy takiej rywalizacji, przy takim poziomie, przy takich przygotowaniach jak jest już ten pierdolony karny czyli zespół zostaje ukarany w zasadzie utratą gola (nie zawsze jak widać było w środe:) to absolutnie optuje za tym zeby piłkarz faulujący otrzymal żółta i pozostał na placu gry. Przepis jaki jest obecnie przekreśla rywalizacje na takim poziomie i zabija emocje. Faul Demishelisa był ewidentny, karny, gol i grajmy dalej ale wyrzucenie go z boiska rozstrzyga niemalże awans do dalszej rundy, uważam ze to nie fair. Można by rzec "tyle rzeczy, przepisów jest nie fair że pal licho' ale kurcze warto zmieniać, usprawniać poprawiać przepisy dla lepszego widowiska czyli emocji jakie temu towarzyszą. Przecież drużyna przygotowuje się do meczu od miesiecy stara się ma jakiś plan nagle faul w drugiej minucie i huj z rywalizacją. Przez cały mecz oglądasz jak jedni się muszą bronić a drudzy atakować a nie ostrą fenomenalną wymaine ciosów. Gra jedenastu na dzisiećiu Barcy czy Bayernu to czekanie na wyrok. I jakie towarzyszyły emocje po tych karnych, przecież City tracą gola od razu ruszyłaby do ataku (i tak ruszyła) ale nie oszukujmy się o jednego gracza mniej na takim poziomie to cud jak się uda odwrócić losy meczu. Można by przytoczyć Chelsea czy Inter ale kurwa nie zostawiajmy tego przypadkowi, przecież UEFA nie wprowadza zapisów video systuacji dyskusyjnych wpraowadza dodtkowych sedziów którzy wnoszą tyle co ja do startegi rozowju ursusa i to jest dla mnie to samo czyli coś do poprawy i za tym optuje..

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobno jeszcze w tym sezonie ten przepis będzie zmieniony. Też tak uważam, straszna jest ta kara, ale żółta tylko w przypadku karnego, bo w sytuacji gdyby Demichelis wyciął Messiego przed polem karnym, to wtedy czerwień. I np zmieniłbym jeszcze zasady strzelania karnych - otóż strzela ten kto był faulowany, jak w koszu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Karny - żółta, wychodzi na czystą przed polem karnym - czerwona absolutnie tak ale z tym strzelcem to nie kumam idei :)

    OdpowiedzUsuń