Niesamowity
sezon piłkarski mamy w Anglii, niebywały w Hiszpanii, więc i za oceanem nie
pozostają dłużni w sporcie, w którym można dotykać piłki ręką. W NBA właśnie skończyła
się pierwsza runda playoff, runda, jakiej w historii nie było. Najwięcej zwycięstw
wyjazdowych ever, najwięcej dogrywek ever, najwięcej siedmiomeczowych batalii
ever. Nie liczyło się rozstawienie, kto z przewagą parkietu, kto kandydatem do
tytułu, a kto ledwo awansował. Niemal każda rywalizacja szła na noże.
Jako
że mecze idą po nocach i nieliczni mogą je śledzić – postanowiłem zarchiwizować
historyczną rundę z mniszą dokładnością i zostawić na blogowych kartach dla
siebie i potomnych, łącznie z multimedialnymi perełkami na pamiątkę.
Ledwie uszli z życiem, najlepsi po rundzie zasadniczej, San Antonio. Pierwszy mecz z
Dallas, które z trudem do playoff awansowało, wygrali, mimo kłopotów. Drugi już przegrali. W trzecim Dallas wyszło na prowadzenie po rzucie w ostatniej
akcji meczu weterana Vinca Cartera, tym rzucie:
Zapomniany
już nieco i kończący pomału karierę Vince w całej serii grał wyjątkowo. – On myśli,
że znów jest w Toronto? – pytali jankescy komentatorzy wspominając najlepsze
lata Cartera. Postawieni przed ścianą weterani z San Antonio wygrywają w Dallas
na 2:2. Potem u siebie na 3:2, ale Dallas uchodzi z życiem i wygrywa na 3:3
dwoma punktami. W kluczowym meczu stare wygi Spurs rzucają z niespotykaną,
blisko 70-procentową skutecznością, i eliminują Maverics. – Bałem się, nie
wiedziałem już, co zrobić, by ich dobić – mówił Popovich. – Zawsze wracali.
Znów decydują dinozaury – Parker, Ginobili, Duncan. Nie rdzewieją, ale Dallas
upuściło im mnóstwo krwi.
A grał przecież pierwszy zespół z ósmym.
Tak
samo na Wschodzie. Pierwsza Indiana wygrywa ledwo ledwo. Przegrywa u siebie już
w pierwszym meczu z Atlantą. Potem na treningu biją się między sobą Lance
Stephenson z Evanem Turnerem. Wygrywają mecz na 1:1, ale Atlanta ma przewagę
własnego parkietu, wygrywa na 2:1. Indiana pod ścianą, ale ślizga się w meczu
nr 4, 2:2. Powrót do Indiany i znów wygrywają goście, 2:3. Mają mecz u siebie
na awans i Atlanta przegrywa w końcówce. 3:3. Indiana zamyka serię w ostatnim meczu.
Awansuje. Ledwo, ledwo.
A grał pierwszy zespół z ósmym.
Lecimy
dalej. Kandydat do tytułu, z pewnym MVP sezonu Kevinem Durantem, i Memphis, które
w ostatniej chwili weszło do playoff. 1:0 po pierwszym meczu, ale w drugim
niezłomni Grizzlies idą po remis. Dzieją się rzeczy niebywałe - Durant w końcówce
rzuca za cztery.
Ale to goście po dogrywce wygrywają. Następny mecz znów cuda – w podobnej końcówce za
cztery rzuca tym razem Westbrook. Znów dogrywka. I znów Memphis zwycięża, i wychodzi na 2:1.
Krytyczny kolejny mecz, OKC musi wygrać, lecz gospodarze jeszcze minutę przed
końcem prowadzą pięcioma punktami, ale bohaterem zostaje rezerwowy Oklahomy Reggie
Jackson, który najpierw doprowadza do dogrywki, potem ją wygrywa. 2:2. Trzy dogrywki z rzędu w trzech kolejnych meczach. Powrót do Oklahomy i ostatni,
zwycięski rzut gości już po czasie. Znów dogrywka. Tam ostatni, zwycięski rzut
gospodarzy już po czasie. Znów Grizzlies prowadzą 3:2. Mają mecz u siebie, ale
przegrywają. W decydującym meczu wygrywa Oklahoma.
7
meczów też w parze Clippers – Golden State. Tu najpierw wygrywają goście, potem
remis. Na 2:1 wychodzą Clippersi w Golden State, mimo szalonych rzutów za 3
rewelacyjnego Currego w końcówce. Potem wybucha skandal z rasiolskimi wypowiedziami
właściciela Clippers. Koszykarze wychodzą na parkiet z zasłoniętym logo
drużyny, trener Doc Rivers nie zgadza się na rozmowę z miliarderem. LAC przegrywa. Jest 2:2.
Powrót do Miasta Aniołów. Liga nakłada zakaz halowy na prezydenta Clippers (to możliwe
chyba tylko tam – właściciel nie może przyjść na mecz swojej drużyny, nie może już nigdy - dostaje dożywotni zakaz, a liga uruchamia procedurę zmuszenia go do sprzedaży
klubu..) Clippersi wygrywają na 3:2, ale przegrywają na 3:3. W ostatnim meczu
przechodzą dalej.
Cuda
też w najciekawszej parze Houston – Portland. Niżej notowani Blazers wygrywają
w gościach na 1:0 po dogrywce, a potem dokładają drugie zwycięstwo na
wyjeździe. Ponad czterdzieści punktów rzuca w obu meczach Aldridge, gracz –
fenomen, połączenie Karla Malone’a, Shaqa i Dwighta Howarda. Ale, że wszystko
stoi na głowie, to przegrywają, znów po dogrywce, u siebie na 1:2, a bohaterem zostaje
gracz niemal anonimowy, debiutant Daniels z głębokich rezerw. Potem, wiadomo,
po dogrywce wychodzą na 3:1, Houston wyciąga na 3:2, w decydującym meczu w
Portland obie ekipy idą łeb w łeb, Howard robi wszystko, żeby nie odpaść, rzuca
w końcówce 13 punktów z rzędu, Houston na sekundę przed końcem, po olbrzymim
zamieszaniu, wychodzi na prowadzenie. Zostaje 0,9 sekundy. Kamery kierują się na
niejakiego Damiana Lilarda, gościa, który pierwszy raz w życiu gra w playoff, w
ogóle drugi rok jest w lidze, ale od pierwszego swojego meczu jest liderem
drużyny. Amerykanie mówią na niego – young weteran, bo od pierwszego rzutu na zawodowym parkiecie wygląda, jakby był tam od zawsze. Jako rozgrywający jest mózgiem –
podejmuje same, albo prawie same dobre decyzje, wygląda jakby nie miał układu nerwowego,
a ma ledwie 23 lata. Jankesi mówią: „cold blood”. Już w sezonie regularnym
piłka w decydujących momentach trafiała do niego, a ten rzutami ostatniej akcji
wygrał bodaj cztery mecze, w playoff podobnie, brał ciężar gry na siebie w najważniejszych
momentach serii. Więc nie mogło być inaczej.
0,9
sekundy. Po raz pierwszy w historii o awansie decyduje zamykająca serię trójka.
Damian Lillard – drugoroczniak. Ale całe Portland niebywałe – może w tym
sezonie namieszać.
Washington
z Gortatem, jako niżej rozstawieni, obijają Chicago. Dwie wygrane na wyjeździe,
porażka u siebie. Potem znów dwie wygrane i 4:1. Gortat to jest w NBA ktoś, naprawdę ktoś (o
tym osobna notka będzie). Robi ogromną czarną robotę, a Wizards wyglądają kapitalnie –
młodzi, silni, wybiegani i piekielnie utalentowani połączeni z rutyną Marcina, Andre
Millera, czy znakomitego Nene. Mogą jeszcze na tym Wschodzie porozrabiać
Na
koniec niżej rozstawiony Brooklyn z Toronto. Wygrywa pierwszy mecz na
wyjeździe, do wygranej prowadzi ich – a nie mówiłem? – Paul Pierce. Na samym
początku rzuca sześć punktów, potem przez cały mecz nic, ale gdy decyduje się
wynik zdobywa kolejnych dziewięć oczek. Big Time Player. Potem obie ekipy leją
się aż miło, decyduje siódmy mecz w Toronto. Brooklyn ma go pod kontrolą, która
jednak wymyka się w końcówce, Toronto zbliża się na odległość punktu, kiedy
Pierce traci piłkę w przedostatniej akcji meczu Raptors mają ostatnią akcję
serii, która może dać im awans. Ale wtedy Pierce robi to:
Block of the season dla Nets. Zazwyczaj
rzutami dawał awanse swoim drużyną, teraz akcją obronną. W następnej rundzie na
Pierce'a czeka sam król James.
Tylko
przy Miami bez emocji. Obili Charlotte 4:0, po cichu, niezauważenie, idą po
czwarty finał z rzędu. A król gra mecze sam ze sobą. W jednym ze spotkań z drużyną
Michaela Jordana prowokuje samą legendę, patrzcie uważnie, gdzie patrzy LeBron:
Na 8
par 6 kończy się wynikami 4:3. I to liderzy po sezonie zasadniczym się męczą.
Wchodzą trzy ekipy niżej rozstawione – dwie z nich nie potrzebują nawet siedmiomeczowej rywalizacji. Multum wygranych na wyjeździe, wiele meczów na
styku. Jak dla mnie playoff mogłyby się już skończyć, było wszystko.
A to
przecież dopiero początek.
NBA
– where amazing happens.
Ps.
Ciąg dalszy nastąpi? Właśnie zaczęła się druga runda. Rozstawiony z piątką
Waszyngton pojechał do liderów Wschodu z Indiany. Wygrał, a jakże, pierwszy
mecz. 1:0 dla ekipy Gortata.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz