wtorek, 6 maja 2014

Najlepsza pierwsza runda in history


Niesamowity sezon piłkarski mamy w Anglii, niebywały w Hiszpanii, więc i za oceanem nie pozostają dłużni w sporcie, w którym można dotykać piłki ręką. W NBA właśnie skończyła się pierwsza runda playoff, runda, jakiej w historii nie było. Najwięcej zwycięstw wyjazdowych ever, najwięcej dogrywek ever, najwięcej siedmiomeczowych batalii ever. Nie liczyło się rozstawienie, kto z przewagą parkietu, kto kandydatem do tytułu, a kto ledwo awansował. Niemal każda rywalizacja szła na noże.

Jako że mecze idą po nocach i nieliczni mogą je śledzić – postanowiłem zarchiwizować historyczną rundę z mniszą dokładnością i zostawić na blogowych kartach dla siebie i potomnych, łącznie z multimedialnymi perełkami na pamiątkę.

Ledwie uszli z życiem, najlepsi po rundzie zasadniczej, San Antonio. Pierwszy mecz z Dallas, które z trudem do playoff awansowało, wygrali, mimo kłopotów. Drugi już przegrali. W trzecim Dallas wyszło na prowadzenie po rzucie w ostatniej akcji meczu weterana Vinca Cartera, tym rzucie:


Zapomniany już nieco i kończący pomału karierę Vince w całej serii grał wyjątkowo. – On myśli, że znów jest w Toronto? – pytali jankescy komentatorzy wspominając najlepsze lata Cartera. Postawieni przed ścianą weterani z San Antonio wygrywają w Dallas na 2:2. Potem u siebie na 3:2, ale Dallas uchodzi z życiem i wygrywa na 3:3 dwoma punktami. W kluczowym meczu stare wygi Spurs rzucają z niespotykaną, blisko 70-procentową skutecznością, i eliminują Maverics. – Bałem się, nie wiedziałem już, co zrobić, by ich dobić – mówił Popovich. – Zawsze wracali. Znów decydują dinozaury – Parker, Ginobili, Duncan. Nie rdzewieją, ale Dallas upuściło im mnóstwo krwi. 

A grał  przecież pierwszy zespół z ósmym.

Tak samo na Wschodzie. Pierwsza Indiana wygrywa ledwo ledwo. Przegrywa u siebie już w pierwszym meczu z Atlantą. Potem na treningu biją się między sobą Lance Stephenson z Evanem Turnerem. Wygrywają mecz na 1:1, ale Atlanta ma przewagę własnego parkietu, wygrywa na 2:1. Indiana pod ścianą, ale ślizga się w meczu nr 4, 2:2. Powrót do Indiany i znów wygrywają goście, 2:3. Mają mecz u siebie na awans i Atlanta przegrywa w końcówce. 3:3. Indiana zamyka serię w ostatnim meczu. Awansuje. Ledwo, ledwo. 

A grał pierwszy zespół z ósmym.

Lecimy dalej. Kandydat do tytułu, z pewnym MVP sezonu Kevinem Durantem, i Memphis, które w ostatniej chwili weszło do playoff. 1:0 po pierwszym meczu, ale w drugim niezłomni Grizzlies idą po remis. Dzieją się rzeczy niebywałe - Durant w końcówce rzuca za cztery.


Ale to goście po dogrywce wygrywają. Następny mecz znów cuda – w podobnej końcówce za cztery rzuca tym razem Westbrook. Znów dogrywka. I znów Memphis zwycięża, i wychodzi na 2:1. Krytyczny kolejny mecz, OKC musi wygrać, lecz gospodarze jeszcze minutę przed końcem prowadzą pięcioma punktami, ale bohaterem zostaje rezerwowy Oklahomy Reggie Jackson, który najpierw doprowadza do dogrywki, potem ją wygrywa. 2:2. Trzy dogrywki z rzędu w trzech kolejnych meczach. Powrót do Oklahomy i ostatni, zwycięski rzut gości już po czasie. Znów dogrywka. Tam ostatni, zwycięski rzut gospodarzy już po czasie. Znów Grizzlies prowadzą 3:2. Mają mecz u siebie, ale przegrywają. W decydującym meczu wygrywa Oklahoma.

7 meczów też w parze Clippers – Golden State. Tu najpierw wygrywają goście, potem remis. Na 2:1 wychodzą Clippersi w Golden State, mimo szalonych rzutów za 3 rewelacyjnego Currego w końcówce. Potem wybucha skandal z rasiolskimi wypowiedziami właściciela Clippers. Koszykarze wychodzą na parkiet z zasłoniętym logo drużyny, trener Doc Rivers nie zgadza się na rozmowę z miliarderem. LAC przegrywa. Jest 2:2. Powrót do Miasta Aniołów. Liga nakłada zakaz halowy na prezydenta Clippers (to możliwe chyba tylko tam – właściciel nie może przyjść na mecz swojej drużyny, nie może już nigdy - dostaje dożywotni zakaz, a liga uruchamia procedurę zmuszenia go do sprzedaży klubu..) Clippersi wygrywają na 3:2, ale przegrywają na 3:3. W ostatnim meczu przechodzą dalej.

Cuda też w najciekawszej parze Houston – Portland. Niżej notowani Blazers wygrywają w gościach na 1:0 po dogrywce, a potem dokładają drugie zwycięstwo na wyjeździe. Ponad czterdzieści punktów rzuca w obu meczach Aldridge, gracz – fenomen, połączenie Karla Malone’a, Shaqa i Dwighta Howarda. Ale, że wszystko stoi na głowie, to przegrywają, znów po dogrywce, u siebie na 1:2, a bohaterem zostaje gracz niemal anonimowy, debiutant Daniels z głębokich rezerw. Potem, wiadomo, po dogrywce wychodzą na 3:1, Houston wyciąga na 3:2, w decydującym meczu w Portland obie ekipy idą łeb w łeb, Howard robi wszystko, żeby nie odpaść, rzuca w końcówce 13 punktów z rzędu, Houston na sekundę przed końcem, po olbrzymim zamieszaniu, wychodzi na prowadzenie. Zostaje 0,9 sekundy. Kamery kierują się na niejakiego Damiana Lilarda, gościa, który pierwszy raz w życiu gra w playoff, w ogóle drugi rok jest w lidze, ale od pierwszego swojego meczu jest liderem drużyny. Amerykanie mówią na niego – young weteran, bo od pierwszego rzutu na zawodowym parkiecie wygląda, jakby był tam od zawsze. Jako rozgrywający jest mózgiem – podejmuje same, albo prawie same dobre decyzje, wygląda jakby nie miał układu nerwowego, a ma ledwie 23 lata. Jankesi mówią: „cold blood”. Już w sezonie regularnym piłka w decydujących momentach trafiała do niego, a ten rzutami ostatniej akcji wygrał bodaj cztery mecze, w playoff podobnie, brał ciężar gry na siebie w najważniejszych momentach serii. Więc nie mogło być inaczej.


0,9 sekundy. Po raz pierwszy w historii o awansie decyduje zamykająca serię trójka. Damian Lillard – drugoroczniak. Ale całe Portland niebywałe – może w tym sezonie namieszać.

Washington z Gortatem, jako niżej rozstawieni, obijają Chicago. Dwie wygrane na wyjeździe, porażka u siebie. Potem znów dwie wygrane i 4:1. Gortat to jest w NBA ktoś, naprawdę ktoś (o tym osobna notka będzie). Robi ogromną czarną robotę, a Wizards wyglądają kapitalnie – młodzi, silni, wybiegani i piekielnie utalentowani połączeni z rutyną Marcina, Andre Millera, czy znakomitego Nene. Mogą jeszcze na tym Wschodzie porozrabiać

Na koniec niżej rozstawiony Brooklyn z Toronto. Wygrywa pierwszy mecz na wyjeździe, do wygranej prowadzi ich – a nie mówiłem? – Paul Pierce. Na samym początku rzuca sześć punktów, potem przez cały mecz nic, ale gdy decyduje się wynik zdobywa kolejnych dziewięć oczek. Big Time Player. Potem obie ekipy leją się aż miło, decyduje siódmy mecz w Toronto. Brooklyn ma go pod kontrolą, która jednak wymyka się w końcówce, Toronto zbliża się na odległość punktu, kiedy Pierce traci piłkę w przedostatniej akcji meczu Raptors mają ostatnią akcję serii, która może dać im awans. Ale wtedy Pierce robi to:


Block of the season dla Nets. Zazwyczaj rzutami dawał awanse swoim drużyną, teraz akcją obronną. W następnej rundzie na Pierce'a czeka sam król James.

Tylko przy Miami bez emocji. Obili Charlotte 4:0, po cichu, niezauważenie, idą po czwarty finał z rzędu. A król gra mecze sam ze sobą. W jednym ze spotkań z drużyną Michaela Jordana prowokuje samą legendę, patrzcie uważnie, gdzie patrzy LeBron:


Na 8 par 6 kończy się wynikami 4:3. I to liderzy po sezonie zasadniczym się męczą. Wchodzą trzy ekipy niżej rozstawione – dwie z nich nie potrzebują nawet siedmiomeczowej rywalizacji. Multum wygranych na wyjeździe, wiele meczów na styku. Jak dla mnie playoff mogłyby się już skończyć, było wszystko.

A to przecież dopiero początek. 

NBA – where amazing happens.

Ps. Ciąg dalszy nastąpi? Właśnie zaczęła się druga runda. Rozstawiony z piątką Waszyngton pojechał do liderów Wschodu z Indiany. Wygrał, a jakże, pierwszy mecz. 1:0 dla ekipy Gortata. 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz