Sport.pl wyszedł z konkursem na zapowiedź finału, napisałem na wariata w ostatniej chwili i wygrałem. Siedzę dzięki temu właśnie w ichniejszej redakcji, w finałowy wieczór, i obserwuję, jak się to wszystko robi od wewnątrz. Tekst poniżej.
***
Warto ich posłuchać, żeby zrozumieć, kim są. „We are underdogs, we are gladiators” mówił Tiago po rewanżu z Chelsea. Ludźmi odrzuconymi, upokorzonymi, zmarginalizowanymi, ale – jak gladiatorzy Spartakusa – powstającymi przeciw takiemu porządkowi świata, który skazuje ich na wieczne usługiwanie. Na oddawanie punktów, piłkarzy, dostarczanie rozrywki. Na życie w nędzy, na marginesie pięknego i wystawnego świata, w którym salony są tyleż niedostępne, co wrogie – niosą tylko ból i upokorzenie. Przeciwko takiemu porządkowi świata powstali, porządkowi, który miał być przecież wieczny. I to powstanie ma swoje symboliczne twarze, obok Diego Simeone, także Davida Villi, bo to on przybył w szeregi buntowników wygnany z salonów, by na salonach zrobić miejsce Neymarom i innym bożkom. Oddany za garść drobnych.
***
Warto ich posłuchać, żeby zrozumieć, kim są. „We are underdogs, we are gladiators” mówił Tiago po rewanżu z Chelsea. Ludźmi odrzuconymi, upokorzonymi, zmarginalizowanymi, ale – jak gladiatorzy Spartakusa – powstającymi przeciw takiemu porządkowi świata, który skazuje ich na wieczne usługiwanie. Na oddawanie punktów, piłkarzy, dostarczanie rozrywki. Na życie w nędzy, na marginesie pięknego i wystawnego świata, w którym salony są tyleż niedostępne, co wrogie – niosą tylko ból i upokorzenie. Przeciwko takiemu porządkowi świata powstali, porządkowi, który miał być przecież wieczny. I to powstanie ma swoje symboliczne twarze, obok Diego Simeone, także Davida Villi, bo to on przybył w szeregi buntowników wygnany z salonów, by na salonach zrobić miejsce Neymarom i innym bożkom. Oddany za garść drobnych.
To Villa mógł być inspiracją, by
powstanie, trwające już przecież od jakiegoś czasu, ale tlące się gdzieś na
obrzeżach Imperium, przenieść w Imperium same serce. Bo zaczęli ludzie Simeone
nadgryzać porządek tam, gdzie sił im tylko starczało – na europejskim drugim
tle. Wygrali Ligę Europejską, po pół roku pracy El Cholo, zaraz potem pobili w
Superpucharze Europy Chelsea. W następnym sezonie ligowym usadowili się za
wiadomymi panami hiszpańskiego świata, ale też przed całą resztą tła,
rozlokowywali się w wygodnych pozycjach do ataku. I zaatakowali na koniec
sezonu, nie mogąc jeszcze wygrać całej bitwy, wygrywali starcia pomniejsze, ale
symboliczne, tak, by wydźwięk sukcesów był jak największy – wygrali finał
Pucharu Króla. Bijąc odwiecznego rywala dominanta – sam Real Madryt. Bijąc go
na Santiago Bernabeu, na oczach zszokowanej gawiedzi z salonów, na odchodne
Jego Wysokości Jose Mourinho. Mocniej i wyraziściej się nie dało, w dodatku po
raz pierwszy od 14 lat wygrali derby. Wojnę może jeszcze przegrywali, ale echa
pojedynczych wygranych bitew ciągnęły się daleko. I dodawały sił.
A w tym sezonie zaatakowali już w
samo serce. Obili raz jeszcze Real na Santiago Bernabeu, szli cały sezon łeb w
łeb z potęgami. Zmienili strategię, pomniejsze bitwy (Superpuchar Hiszpanii,
Puchar Króla) mogli oddawać, koncentrowali ułomniejsze siły na bitwy kluczowe.
I nie wystarczała im sama Hiszpania, tu sukces, i tak przecież ogromny, byłby
tylko połowiczny. Rzucili też wyzwanie szczytom szczytów, salonom, gdzie jada
się najobficiej, gdzie uczty są tylko dla najbogatszych – samej Lidze Mistrzów.
Szli, jak burza, jako jedyni nie przegrali meczu, otworzyli drugi front
rebelii, w samej stolicy stolic Imperium, stamtąd przecież wyrzucili lokalnych
rywali – Barcelonę. A teraz został im Real.
Korzystali na niedocenieniu.
Nawet przychylni im komentatorzy nazywali bandą, watahą, rozrabiakami, widząc
sukcesy w najprymitywniejszej brutalności i sile. A to przecież wybitni stratedzy
i teoretycy. Grają sercem i wiarą („Sukcesy osiągają nie lepsi, ale bardziej
przekonani do tego, co robią” – Simeone), owszem, bazując na euforii i
entuzjazmie, ale mają też szeroki wachlarz taktyczny. Jak trzeba, to bronią,
jak trzeba, to wymyślnie atakują, dostosowują strategię do potrzeb chwili. Wyłamują
się klasycznym opisom, bo łączą ogień z wodą – mogą klepać tiki takę, mogą też
stawia autobus. Atletico – tiki-takobus.
I ciągle zaskakują – w rewanżu w
ćwierćfinale z Barceloną, zamiast bronić dobrego wyniku, ruszyli na szańce
rywala opętańczo. A po błyskawicznym zdobyciu pozycji, bronili zajadle, ale
bronili twórczo, z ciągłym zagrożeniem dla rywala, stwarzając sobie więcej
okazji niż on. Grają sercem, ale i chłodną głową, mądrością. Tam, gdzie mogą
nadrobić braki, gdzie niwelowanie różnic zależy tylko od nich, tam osiągają
mistrzostwo – jak przy stałych fragmentach gry, które opanowali do perfekcji.
Wymowne, że tak strzelili ostatniego gola ligowego, gola dającego mistrzostwo
na Camp Nou.
Są jak Spartanie Leonidasa, tak
projektuje ich Simeone. To organizm zbiorowy i tylko zbiorowy, eksponowanie
Diego Costy, jako gwiazdę, to kolejna zmyłka taktyczna, w którą chętnie wpadamy
licząc, ile mniej szans mają bez niego. Mają dokładnie takie same, albo jeszcze
większe – bo przeciwności tylko ich mobilizują, nakręcają, motywują, czynią
jeszcze silniejszymi. Każda zła wiadomość z obozu Atletico, to fatalna wieść
dla ich rywali – osłabienie czyni ich jeszcze silniejszymi, ból i cierpienie
tylko nakręcają, co widać na też na murawie, rozmiłowanie są przecież w walce siłowej,
wyniszczającej niby też dla nich samych. Kiedy padał Diego Costa w ostatnim
ligowym akcie na Camp Nou - ich szansę tylko rosły, kiedy padał Arda Turan
byłem pewien, że tego meczu nie przegrają. W ogóle ile razy mieli już paść i
nie dać rady? A, ile razy mają nie dać rady, tyle razy wydają się silniejsi.
Zastawiają pułapki na schematyczne o nich myślenia, dla nich im gorzej – tym
lepiej. „Problemy mnie motywują” – mawia Simeone, więc błędem jest wskazywanie
ich minusów, by docenić sukcesy. Oni żyją z własnych słabości, przekuwają je w siłę.
Bo Atletico robi bunt nie tylko w
tabelach, oni idą dalej – rewolucjonizują totalnie, nawet pojęcia i teorie.
Jeśli przegraliby finisz ligi, wpisaliby się w klasyczną konwencję –
romantyczni buntownicy polegli w ostatniej bitwie kampanii, tracąc swoich
liderów, możemy pisać poematy. Ale nie oni – buntują się przeciw wszelkim
konwencjom, schematom, kliszą. Jeśli czerpią z mitu cierpiętniczego Atletico, to
tylko twórczo, dla wygranej. Wygrywają po 48 latach Ligę Europy, po 17 latach
Puchar Hiszpanii, po 18 ligę. Bazując na micie gorszych, uboższych,
upośledzonych, ale tylko po to, by go zakłamać.
Przewartościowują mit
indywidualizmu, bo są bohaterem zbiorowym, rzucającym wyzwanie bożkom w typie
Ronaldo, czy Messiego, dlatego teoretyczny brak Costy ich nie osłabi, bo siłę
czerpią tylko ze zbiorowości. Mówi się, że uczłowieczyli piłkę, ale to
nieprawda. Uczłowieczyli rywali, sami zajmując ich miejsce – są bogami bez
jednej twarzy. I bez ładnej twarzy – Atletico to piękno brzydoty. Nie na
wybiegi i bilbordy.
Lubują się w rozbijaniu imprez
najważniejszych, najbardziej wystawnych. Jak wtedy, gdy nie pozwolili odejść
Mourinho choćby z jednym triumfem, w przegranym sezonie, upokorzyli rywali, ale
upokorzyli i jego. Jak teraz, kiedy nie pozwolili Barcelonie uratować sezonu,
na jej stadionie, w ostatniej kolejce. Jakby projektowali to tak, by nie zdobyć
ligi wcześniej, bo nie miałoby to aż takiej wymowy, jak na Camp Nou.
Została im impreza najważniejsza.
Tu nie chodzi tylko o finał Ligi Mistrzów, chodzi też (a może przede
wszystkim?) o Real i La Decimę. To najlepszy z możliwych rywali dla buntu
Atletico. Najbardziej symboliczny. Rebelia zatoczyła koło – rozpoczęła się w
Europie, na jej obrzeżach, rozpaliła się Hiszpanii niosąc zgubę panom, teraz
ogień dotarł na sam szczyt szczytów, do Lizbony (choć chciałoby się napisać – do
Rzymu). Buntownicy Simeone dotarli do kresu, bo tam stoi ich rywal największy,
derbowy, wielkopański i arystokratyczny, ponadziemsko galaktyczny, z obsesją La
Decimy, która to obsesja kosztowała go euro liczone w ponad miliard. I trwała
latami. Lepszej scenerii dla wojowników z Vicente Calderon być nie może,
obficiej zaprawionej kolacji nie mogą zepsuć, bardziej symbolicznej bitwy wygrać
już się nie da.
Jeśli im się powiedzie – rewolucja dobiegnie końca. I wygra. Ktoś powie, że nie obali istniejącego porządku, nie zachwieje kolosami, co najwyżej chwilowo rozdrażni, ci wrócą jeszcze potężniejszej, a zwycięzcy przeminą tak szybko, jak się pojawili. Nic bardziej mylnego, bo – choć potęga Atletico zniknie szybko – to da świadectwo, że każdemu pokrzywdzonemu może się udać, w każdej chwili będzie mógł wygrać. Wygrać totalnie. I to będzie zachwianie porządku ponadczasowe.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz