Jako że pewne sprawy, powszechnie zwane życiem, zabierają za dużo czasu, na tyle dużo, że nie starcza już na sprawy poważniejsze, jak na przykład pisanie o sporcie, czym prędzej nadrobić chcę zaległości. Na pierwszy ogień idzie rzecz historyczna - piątkowa strzelanina w Nowym Jorku.
***
Powiedzieć,
że Madison Square Garden to najsłynniejsza koszykarska hala świata, to uprościć
ponad miarę.
To
raczej widowiskowo-rozrywkowa globalna scena, na której wystąpić chce każdy;
marzą o pokazaniu się tam wszelkiej maści artyści (27 koncertów Madonny –
wszystkie w całości wyprzedane), marzą sportowcy (niezliczona ilość ważnych
walk bokserskich), nie pogardzi swoją obecność nawet głowa Kościoła (wizyta
Jana Pawła II w 1977 roku). O splendorze hali decyduje umiejscowienie – wyrosła
na Manhattanie, a więc w sercu Nowego Jorku, a więc i w sercu Ameryki. Ergo – w
centrum (celebryckiego) świata. Pokaż się w Madison Square Garden, a będziesz
na oczach wszystkich, zobaczą Cię wszędzie.
Tylko
tu mógł narodzić się fenomen Jeremiego Lina. Przed trzema laty trener
borykającego się kontuzjami New York Knicks sięgnął po – nikomu szerzej
nieznanego – rozgrywającego z głębokich rezerw. Lin miał wejścia smoka, zaczął
grać, jak scena tego wymaga, widowiskowo. Punktował, asystował, prowadził
zespół do zwycięstw. W każdym innym miejscu byłby tylko niespodziewanym, choć
świetnym, odkryciem. W Nowym Jorku jednak od razu wybuchła „linomania”. Rozczcionkowywały
go gazety, przegadywały stacje radiowe, pokazywały ogólnoamerykańskie telewizje.
Natychmiast stał się supergwiazdą krajową.
W pół
roku na parkiecie MSG wykozłował sobie kontrakt życia i zbiegł do Houston. I natychmiast
się uczłowieczył – ze światowego koszykarskiego celebryty do ledwie lokalnego, bardzo
dobrego, koszykarza. Takiego, jakich w NBA wielu.
Bo sceneria
nowojorskiej sali dodaje splendoru, jeśli dostrzeże talent, wyolbrzymi go
maksymalnie. To symboliczne, że Madison Square Garden Company, które jest
właścicielem hali, ma także w posiadaniu dwa teatry – Radio City Music Hall i
Beacon Theatre. To i to jest miejscem dla artystów, hołubi prawdziwie wielkich.
Dlatego
na mecze w Nowym Jorku wybitnie mobilizowali się najwięksi: uwielbiał znęcać
się nad gospodarzami Michael Jordan, zawsze znakomicie pokazywał się tam jego
następca – Kobe Bryant (legendarne 61 punktów przed kilkoma laty), ostatnio
upatrzył sobie dokazywanie w NY sam król LeBron James. Wszyscy oni wiedzieli,
że MSG to miejsce najbardziej godne ich talentu, dlatego właśnie tam powinien
lśnić pełnym blaskiem, na oczach świata.
Być
może właśnie dlatego koszykarscy gospodarze obiektu – New York Knicks – wygrali
w swojej historii tak mało (zaledwie dwa mistrzostwa zdobyte ponad 40 lat temu,
w erze przedmiedialnej). Bo za każdym razem grają z rywalami wybitnie zmotywowanymi,
wychodzącymi z siebie, by pokazać się w koszykarskiej Mekce. I dlatego Knikcsom
łatwiej gra się na wyjazdach, nie ciąży im tak presja hali, który wynagradza
wybitne, ale i potęguje każdą niedoskonałość. Zwłaszcza u swoich. Nowojorska
publiczność to najbardziej wymagająca publiczność w całej lidze – słyszy się
często. Jakie miejsce, taka publiczność – można by dodać, bo tam nawet granica
między sceną, a widownią jest płynna – bohaterami transmisji, na równi ze
sportowcami, są celebryckie gwiazdy trybun, z najsłynniejszym z nich, Spikem Lee
– niemal grającym nadtrenerem.
Żeby
w pełni zrozumieć rozrzut między wartością sportową NYK, a ich wartością
marketingową, którą dziedziczą od miejsca, trzeba z jednej strony dostrzec
najdroższe bilety w całej lidze (które jednocześnie najtrudniej dostać),
największą finansową wartość klubu (ponad 1,1 mld dolarów według Forbesa), a z
drugiej lichotę sportową: ledwie dwa tytuły w prehistorii (taki Phil Jackson, który
zresztą z nowojorczykami po tytuł sięgał będąc zawodnikiem w ‘73r., sam
uzbierał jako trener 11..), ostatni finał NBA 15 lat temu, zeszłoroczny playoff
po 9 latach przerwy (porażka w pierwszej rundzie).
W
tym sezonie – tradycyjnie – NYK zawodzą. Z tygodnia na tydzień maleje ich
szansa na playoff, do piątkowego meczu z Charlotte przegrali pięć razy z rzędu.
Aż w piątkowym meczu zdarzyło się to:
Lider
Knikcsów, Carmelo Anthony, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce:
W
pierwszej kwarcie rzucił 20 punktów.
W
drugiej dorzucił 17, trafiając w ostatniej sekundzie z połowy boiska.
W
trzeciej dodał 19, bijąc po drodze rekord sezonu Kevina Duranta (54 pkt.).
W
czwartej pobił rekord legendarnego Bernarda Kinga (60) w ilości rzuconych w MSG
punktów przez gracza gospodarzy, a także rekord Kobiego Bryanta w ilości
rzuconych w MSG punktów ever (62).
Licznik
stanął na 63 (23/35 z gry, 10/10 z wolnych), Melo nie odnotował też żadnej
straty. Zszedł na 8 minut przed końcem gry..
Miałem dość przegrywania - powiedział po meczu.
Miałem dość przegrywania - powiedział po meczu.
W
końcu nowojorska scena doczekała się popisu swojego człowieka. Dosłownie –
swojego. Anthony urodził się na Brooklynie, w dzielnicy Red Hook. Jest jednym z
nielicznych nowojorczyków, którzy zagrali w swoim mieście, w swojej drużynie,
przed swoją publiką. Pięknie opowiada o tym, i w ogóle o Nowym Jorku, w
poniższym filmie:
New York City - where amazing happens..

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz