wtorek, 28 stycznia 2014

Carmelo Anthony Garden


Jako że pewne sprawy, powszechnie zwane życiem, zabierają za dużo czasu, na tyle dużo, że nie starcza już na sprawy poważniejsze, jak na przykład pisanie o sporcie, czym prędzej nadrobić chcę zaległości. Na pierwszy ogień idzie rzecz historyczna - piątkowa strzelanina w Nowym Jorku.

***

Powiedzieć, że Madison Square Garden to najsłynniejsza koszykarska hala świata, to uprościć ponad miarę. 

To raczej widowiskowo-rozrywkowa globalna scena, na której wystąpić chce każdy; marzą o pokazaniu się tam wszelkiej maści artyści (27 koncertów Madonny – wszystkie w całości wyprzedane), marzą sportowcy (niezliczona ilość ważnych walk bokserskich), nie pogardzi swoją obecność nawet głowa Kościoła (wizyta Jana Pawła II w 1977 roku). O splendorze hali decyduje umiejscowienie – wyrosła na Manhattanie, a więc w sercu Nowego Jorku, a więc i w sercu Ameryki. Ergo – w centrum (celebryckiego) świata. Pokaż się w Madison Square Garden, a będziesz na oczach wszystkich, zobaczą Cię wszędzie.

Tylko tu mógł narodzić się fenomen Jeremiego Lina. Przed trzema laty trener borykającego się kontuzjami New York Knicks sięgnął po – nikomu szerzej nieznanego – rozgrywającego z głębokich rezerw. Lin miał wejścia smoka, zaczął grać, jak scena tego wymaga, widowiskowo. Punktował, asystował, prowadził zespół do zwycięstw. W każdym innym miejscu byłby tylko niespodziewanym, choć świetnym, odkryciem. W Nowym Jorku jednak od razu wybuchła „linomania”. Rozczcionkowywały go gazety, przegadywały stacje radiowe, pokazywały ogólnoamerykańskie telewizje. Natychmiast stał się supergwiazdą krajową.

W pół roku na parkiecie MSG wykozłował sobie kontrakt życia i zbiegł do Houston. I natychmiast się uczłowieczył – ze światowego koszykarskiego celebryty do ledwie lokalnego, bardzo dobrego, koszykarza. Takiego, jakich w NBA wielu.    

Bo sceneria nowojorskiej sali dodaje splendoru, jeśli dostrzeże talent, wyolbrzymi go maksymalnie. To symboliczne, że Madison Square Garden Company, które jest właścicielem hali, ma także w posiadaniu dwa teatry – Radio City Music Hall i Beacon Theatre. To i to jest miejscem dla artystów, hołubi prawdziwie wielkich.

Dlatego na mecze w Nowym Jorku wybitnie mobilizowali się najwięksi: uwielbiał znęcać się nad gospodarzami Michael Jordan, zawsze znakomicie pokazywał się tam jego następca – Kobe Bryant (legendarne 61 punktów przed kilkoma laty), ostatnio upatrzył sobie dokazywanie w NY sam król LeBron James. Wszyscy oni wiedzieli, że MSG to miejsce najbardziej godne ich talentu, dlatego właśnie tam powinien lśnić pełnym blaskiem, na oczach świata.

Być może właśnie dlatego koszykarscy gospodarze obiektu – New York Knicks – wygrali w swojej historii tak mało (zaledwie dwa mistrzostwa zdobyte ponad 40 lat temu, w erze przedmiedialnej). Bo za każdym razem grają z rywalami wybitnie zmotywowanymi, wychodzącymi z siebie, by pokazać się w koszykarskiej Mekce. I dlatego Knikcsom łatwiej gra się na wyjazdach, nie ciąży im tak presja hali, który wynagradza wybitne, ale i potęguje każdą niedoskonałość. Zwłaszcza u swoich. Nowojorska publiczność to najbardziej wymagająca publiczność w całej lidze – słyszy się często. Jakie miejsce, taka publiczność – można by dodać, bo tam nawet granica między sceną, a widownią jest płynna – bohaterami transmisji, na równi ze sportowcami, są celebryckie gwiazdy trybun, z najsłynniejszym z nich, Spikem Lee – niemal grającym nadtrenerem.

Żeby w pełni zrozumieć rozrzut między wartością sportową NYK, a ich wartością marketingową, którą dziedziczą od miejsca, trzeba z jednej strony dostrzec najdroższe bilety w całej lidze (które jednocześnie najtrudniej dostać), największą finansową wartość klubu (ponad 1,1 mld dolarów według Forbesa), a z drugiej lichotę sportową: ledwie dwa tytuły w prehistorii (taki Phil Jackson, który zresztą z nowojorczykami po tytuł sięgał będąc zawodnikiem w ‘73r., sam uzbierał jako trener 11..), ostatni finał NBA 15 lat temu, zeszłoroczny playoff po 9 latach przerwy (porażka w pierwszej rundzie).

W tym sezonie – tradycyjnie – NYK zawodzą. Z tygodnia na tydzień maleje ich szansa na playoff, do piątkowego meczu z Charlotte przegrali pięć razy z rzędu. Aż w piątkowym meczu zdarzyło się to:


Lider Knikcsów, Carmelo Anthony, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce:

W pierwszej kwarcie rzucił 20 punktów.

W drugiej dorzucił 17, trafiając w ostatniej sekundzie z połowy boiska.

W trzeciej dodał 19, bijąc po drodze rekord sezonu Kevina Duranta (54 pkt.).

W czwartej pobił rekord legendarnego Bernarda Kinga (60) w ilości rzuconych w MSG punktów przez gracza gospodarzy, a także rekord Kobiego Bryanta w ilości rzuconych w MSG punktów ever (62).

Licznik stanął na 63 (23/35 z gry, 10/10 z wolnych), Melo nie odnotował też żadnej straty. Zszedł na 8 minut przed końcem gry..

Miałem dość przegrywania - powiedział po meczu.

W końcu nowojorska scena doczekała się popisu swojego człowieka. Dosłownie – swojego. Anthony urodził się na Brooklynie, w dzielnicy Red Hook. Jest jednym z nielicznych nowojorczyków, którzy zagrali w swoim mieście, w swojej drużynie, przed swoją publiką. Pięknie opowiada o tym, i w ogóle o Nowym Jorku, w poniższym filmie:


New York City - where amazing happens..

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz