poniedziałek, 6 stycznia 2014

Juventus ponad wszystko


Łudziłem się – jak pewnie każdy kibic marzący o tym, by rywalizacja we Włoszech trwała jak najdłużej – że Roma jest w stanie rzucić wyzwanie Juventusowi. Myliłem się, Stara Dama dobitnie pokazała, że władzą w kraju nie zamierza się dzielić. I już na początku stycznia może o sobie myśleć jako o mistrzu. Tylko kataklizm może jej zabrać scudetto – ma 8 punktów przewagi nad Romą – na który raczej nie pozwoli jej trener, architekt sukcesów, Antonio Conte.

Właśnie w nim trzeba upatrywać źródła triumfów turyńczyków. Od kiedy przybył - tylko wygrywa. Pisałem już o tym, że przejął zespół rozbity na każdej płaszczyźnie, ale natychmiast przeobraził w zwartą, lubującą się w nałogowych wygrywaniu, grupę. Żadnych tam gierek wstępnych, żadnego nieśmiałego rozglądania się dookoła. Sięgnął po mistrzostwo natychmiast, w debiutanckim sezonie (bijąc przy tym rekord za rekordem), obronił tytuł po roku, teraz pędzi po trzeci z rzędu. Nie do ugryzienia z żadnej strony – ani przez budujący regularnie swoją siłę Napoli, systematycznie podnoszącą jakość sportową od lat, ani przez Romą, która wystrzeliła z formą znienacka.

Juventus lubuje się w brutalnym uświadamianiu rywalom gdzie ich miejsce. Mające jeszcze złudzenia o równej rywalizacji Napoli przegrało w Turynie 0:3, teraz w takich samych rozmiarach wychłostana została Roma. Roma, która do tej kolejki nie przegrała, straciła tylko siedem bramek. Jak po raz pierwszy przegrała, to dała sobie strzelić niemal połowę tego, co przez poprzednich siedemnaście kolejek. Perwersja.

Nawet przebieg gry był podobny do całego sezonu. Przez pierwszy kwadrans dominowali rzymianie, schowany Juventus niemal się nie wychylał, można było odnieść wrażenie, że został stłamszony. Nic bardziej mylnego, piłkarze Conte realizowali z żelazną konsekwencją taktykę swojego trenera. Jak tylko kibice Romy, po inauguracyjnym kwadransie, mogli pomyśleć, że ich zespół jest lepszy, natychmiast Roma bramkę straciła. Od tego momentu dominacja Juventusu tylko rosła, symbolem upokorzenia rzymian były czerwone kartki dla De Rossiego i Castana, i bramka z karnego Vucinica, byłego Romy piłkarza.

Piłkarze Garcii wygrali pierwsze dziesięć meczów w sezonie, stracili w nich ledwie jedną bramkę, trąbił o tym cały piłkarski świat. Bilans Juventusu w ostatnich dziesięciu meczach? Dziesięć zwycięstw, w bramkach 26-1... 

Turyńczycy wyznaczają standardy. Zwycięstwo kibice mogli oglądać na lśniącym, nowoczesnym, kipiącym od prawdziwej piłkarskiej atmosfery, stadionie, którego Juventus – jako jedyny z włoskiej czołówki – jest właścicielem. Klub, ewenement we Włoszech, zarabia na nim nie tylko finansowo, ale także sportowo. Tuż przed jego otwarciem zarządcy Starej Damy mówili, że gra na nowym stadionie da drużynie dodatkowych 10 punktów w sezonie. Jeśli się mylili, to tylko dlatego, że zbyt powściągliwie robili obliczenia.

Umiejętnie też mistrzowie Italii działają na rynku transferowym, tak dla biednych przecież Włochów trudnym. Ulepił Conte żelazną, godną pozazdroszczenia przez najsilniejsze kluby w Europie, drugą linię - z niechcianego w Milanie i wziętego za darmo Pirlo, z wyciągniętego Alexowi Fergusonowi bez kosztów Pogby (megagwiazda jutra), pozyskanego – jak się dziś okazuje – za okazyjne 12 milionów euro z Leverkusen Vidala. Za dwóch ostatnich będzie trzeba, jeśli ktoś zechce, wyłożyć nie mniej niż 40 - 50 milionów. Za każdego, rzecz jasna, z osobna.

Przed sezonem wzmocnił jeszcze Conte linię ataku Tevezem i Llorente. Też kapitalnie, bo na rynku transferowym Włosi mogą jedynie pomarzyć o gwiazdach formatu Aguero, czy Van Persiego, pozostaje im więc pozyskiwać często ryzykownie, ale umiejętnie i z głową. Jak w przypadku Teveza, gracza wyjątkowego, który sprawdził się wspaniale w Anglii, acz krnąbrnego, którego inni trzymać w szatni się bali. Za piłkarza tego formatu przyszło zapłacić ledwie 9 milionów euro, przy 20 milionach zapłaconych przez Milan za znacznie większego rozrabiakę, Mario Balottellego, cena wręcz rewelacyjna. Tevez spłaca się znakomicie, nikt nie psioczy, że odziedziczył po Del Piero legendarną dziesiątkę na plecach. Llorente, wzięty z Bilbao, a jakże!, za darmo, też coraz lepiej funkcjonuje.

Z transferami, jak ze stadionem, też Juventus pokazuje całej lidze włoskiej drogę. Nie stać Włochów na równą rywalizację z najlepszymi, muszą więc brać graczy przez najlepszych z jakiś względów odrzuconych, jak Tevez, lub co do których nie do końca byli przekonani, jak Llorente, albo tych, na których w porę się nie poznali, jak Pogba. I którzy wydatnie podnoszą jakość zespołu.

Jedyną skazą na wizerunku turyńczyków jest ich porażka w Lidze Mistrzów. Nie wyszli z niezbyt silnie obsadzonej grupy, wyeliminowani w ostatnim meczu przez Galatasaray. Nie mam wątpliwości jednak, że wrócą do niej za rok mocniejsi. Borussia Dortmund, też odbudowująca się po chudych latach, zanim zagrała w zeszłorocznym finale, również wolno się aklimatyzowała wśród elity. Juventusowi na razie wystarczyć musi Liga Europejska, tam może wiosną odbić sobie jesienne niepowodzenia. Sytuację ma wygodną, w lidze zdaje się, że już sprawę rozstrzygnęła, motywacji też nie powinno zabraknąć – finał rozgrywek odbędzie się w Turynie. 

2 komentarze :

  1. Fantastycznym smaczkiem motywacyjnym dla ekipy z Turynu jest finał na ich stadionie, dość stabilnie wygląda ich dominacja na własnym podwórku ale patrząc na lige mistrzów nie tylko zresztą w tym sezonie to nie wygląda to najlepiej. Conte rzeczywiście poukładał ekipe waleczną, skuteczną zarówno w obronie jak i w ataku ale przy większych porażkach choćby z ekipą ze Stambułu głosy mówiące o jego wypierdoleniu były dość mocno słyszane i pytanie czyż Champions Legue to nie za wysokie progi dla bądź co bądź żółtodzioba?! Potencjał widoczny jest owszem, ale w porównaniu do Simoene..:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Taki urok Ligi Mistrzów, odpadło też zachwycające Napoli, a przeszedł dalej Milan.. Jeszcze wróci to Juve z przytupem do LM, spokojny jestem o to. Na zbyt długim dystansie wygrywa we Włoszech Conte, zbyt dobrze rozwija ten zespół, by dokazywać tylko na włoskim podwórku. BVB też przegrywała z Marsylią, też nie wychodziła z grupy, a jak już wyszła to się tak na wiosnę zabawiła, że koniec maja ją zastał. Albo przykład City, też dobry ;)

    OdpowiedzUsuń