Trzeba
zacząć od tego, że zawsze poświęcał się dla innych. Już podczas kariery sportowej wolał
harować dla drużyny i być mistrzem tak zwanej czarnej roboty, niż błyszczeć jako
strzelecka gwiazda. Wybitność osiągnął w roli obrońcy (wielokrotny najlepszy
obrońca ligi) i specjalisty od zbiórek (wielokrotny najlepszy zbierający ligi).
Bez jego poświęcenia Detroit Pistons nie byliby dwukrotnymi mistrzami NBA u
progu lat 90.
A legendarny David Robinson nie zostałby w San Antonio najlepszym strzelcem, gdyby Rodman tak skutecznie nie zbierał po niecelnych rzutach „Admirała”, dając mu wcale nie rzadko okazje do ponawiania prób. Doceniły to statystyki – jeden był najlepszym punktującym ligi, drugi najlepszym zbierającym. Tak, najszybciej szlachetność Dennisa dostrzegły liczby. To był pierwszy taki przypadek w historii – dwóch liderów z tej samej drużyny. Wymowne.
A legendarny David Robinson nie zostałby w San Antonio najlepszym strzelcem, gdyby Rodman tak skutecznie nie zbierał po niecelnych rzutach „Admirała”, dając mu wcale nie rzadko okazje do ponawiania prób. Doceniły to statystyki – jeden był najlepszym punktującym ligi, drugi najlepszym zbierającym. Tak, najszybciej szlachetność Dennisa dostrzegły liczby. To był pierwszy taki przypadek w historii – dwóch liderów z tej samej drużyny. Wymowne.
Jeszcze
wymowniej było w Chicago Bulls, gdzie Rodman postanowił pomóc Michaelowi
Jordanowi, powracającemu z emerytury, w drodze na ponowny szczyt. Jordan
rzucał, Dennis zbierał, i znów – jeden został królem strzelców, drugi królem
zbiórek. Drugi taki przypadek w historii, że obaj z tej samej drużyny. Powtórzyli
to jeszcze dwukrotnie, zdobyli przy okazji trzy mistrzostwa z rzędu.
Jeśli
więc będziecie słyszeć o wielkości ówczesnych Chicago Bulls, i wielkości
Michaela Jordana, pamiętajcie: mniszą i pełną poświęcenia robotę robił też
Dennis Rodman.
Dla innych był i prywatnie. Każdy czytelnik jego autobiografii może się
dowiedzieć, że gdyby tylko zechciał bliżej poznać się z rodmanową żoną (o ile
akurat taka była), tak wiecie, naprawdę blisko, to Rodman nie ma nic przeciwko
i jeszcze chętnie piątkę przybije. Ale pamiętajcie, działa to w obie strony,
nasz król zbiórek chętnie lubi poznawać bliżej, wiecie, tak naprawdę blisko, również
cudze żony. Co i niejednokrotnie czynił.
Zaryzykuję tezę, w którą, jak i w ogóle we wrodzoną dobroć ludzi, święcie wierzę: otóż nawet co chwila zmieniane podczas zawodniczej kariery fryzury
(kiedyś stwierdził nasz Dennis, że będzie ubarwiał głowę innym kolorem włosów
co mecz) to nie fanaberia gwiazdeczki, a ukłon w stronę fryzjerów – niech sobie i nożycoręcy też trochę zarobią.
Jeśli
jednak świat na szlachetności Rodmana w porę się nie poznał, to teraz może to
jeszcze nadrobić. Powziął bowiem Dennis decyzję, że swoje służalcze talenty
wykorzysta na szczeblu polityki międzynarodowej i jął nasz bohater zbliżać do
siebie narody, bardzo bardzo odległe od siebie narody – północnoamerykański i
północnokoreański.
Wykorzystał
przy tym wiedzę, że umiłowany przywódca Korei Północnej, Kim Dong Un, jest
fanem koszykówki, a szczególnie legendarnych Bulls, których Rodman był przecież częścią.
I zaczął uprawiać, jak sam twierdzi, "koszykarską dyplomację". Cel –
złagodzenie napięcia między USA i Koreą Północną.
Przede
wszystkim oświeca nas, niechętnych koreańskiemu dyktatorowi, ludzi Zachodu; zapewnia, że Kim, jak go pieszczotliwie sam gwiazdor nazywa, "jest wielkim
przywódcą, tak jak jego dziadek i ojciec. Nie chce z nikim wojny. Jest bardzo
szczery. Obywatele go kochają". Rodman z pewnością wie, co mówi, u umiłowanego
przywódcy był już kilkakrotnie, poznał go nie tylko od strony wodza, ale i prywatnie,
jako "wspaniałego faceta, dobrego ojca, który ma piękną rodzinę". I w ogóle nazywa swoim przyjacielem.
Chce
nas też szlachetny Dennis uświadomić, że powtarzane ciągle słowa, jakoby Korea Północna była największym kacetem świata (w obozach pracy ok. 200 tyś. ludzi), jej obywatele
stale głodowali i żyli w ciągłym strachu, to bzdura. "On (znaczy umiłowany przywódca) lubi, kiedy ludzie
wokół niego są szczęśliwi" – twierdzi Rodman.
Aby przekonać nas jeszcze bardziej – nasz umiłowany szlachetnik, członek Galerii
Sław NBA, pięciokrotny mistrz ligi – postanowił zebrać kilku kumpli i zagrać w Pjongjangu
pokazowy mecz. Żeby po powrocie mogli i oni wszystkim objawić: "Hej, tam nie jest tak
źle jak myślicie".
Oczywiście
przysłuży się to też miejscowym, nie tylko Kim Dzong Unowi, który zobaczy
koszykówkę w najlepszym, choć emerytowanym już niestety, wydaniu, ale i Kim
Dzong Una ludowi, który nawet jeśli doniesienia o jego chronicznym niedożywieniu i wszechobecnym strachu są prawdą, to chociaż z bliska zobaczy amerykańskie sportowo-kulturowe
show. Nikt nie będzie mógł więcej powiedzieć, że kraj jest zamknięty na cztery
spusty.
Rodman
swojej doniosłej, dziejowej misji jest świadomy: Teraz ludzie biorą mnie na
poważnie. Widzą we mnie światowego ambasadora".
I stanąć należy będzie w obronie Dennisa, w którego szlachetności ludzie małej, w innych ludzi, wiary widzą jedynie cyniczny skok na kasę. I przywołują, że jest jednym z tych koszykarzy, którzy w pięć lat, według statystyk, po skończeniu kariery stają się bankrutami, a staje się nimi – znów według statystyk – ponad połowa emerytowanych koszykarzy. I którzy muszą robić z siebie pośmiewisko, by zarobić gdzie się da, na alimenty, na debet na koncie, na hazardowe długi.
Jeśli nawet tak jest w przypadku Dennisa i jego kolegów, to z pewnością od umiłowanego przywódcy nie wzięli za grę złamanego grosza. Pokazowy mecz zagrali przecież w jego urodziny. Faktur za prezenty na imprezę się raczej nie przynosi.
Ps. Jest nawet dowód, że nie tylko granie było, ale i nieśmiałe śpiewanie "sto lat".

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz