czwartek, 9 stycznia 2014

Dennis Rodman - społecznik bez granic


Trzeba zacząć od tego, że zawsze poświęcał się dla innych. Już podczas kariery sportowej wolał harować dla drużyny i być mistrzem tak zwanej czarnej roboty, niż błyszczeć jako strzelecka gwiazda. Wybitność osiągnął w roli obrońcy (wielokrotny najlepszy obrońca ligi) i specjalisty od zbiórek (wielokrotny najlepszy zbierający ligi). Bez jego poświęcenia Detroit Pistons nie byliby dwukrotnymi mistrzami NBA u progu lat 90.

A legendarny David Robinson nie zostałby w San Antonio najlepszym strzelcem, gdyby Rodman tak skutecznie nie zbierał po niecelnych rzutach „Admirała”, dając mu wcale nie rzadko okazje do ponawiania prób. Doceniły to statystyki – jeden był najlepszym punktującym ligi, drugi najlepszym zbierającym. Tak, najszybciej szlachetność Dennisa dostrzegły liczby. To był pierwszy taki przypadek w historii – dwóch liderów z tej samej drużyny. Wymowne.

Jeszcze wymowniej było w Chicago Bulls, gdzie Rodman postanowił pomóc Michaelowi Jordanowi, powracającemu z emerytury, w drodze na ponowny szczyt. Jordan rzucał, Dennis zbierał, i znów – jeden został królem strzelców, drugi królem zbiórek. Drugi taki przypadek w historii, że obaj z tej samej drużyny. Powtórzyli to jeszcze dwukrotnie, zdobyli przy okazji trzy mistrzostwa z rzędu.

Jeśli więc będziecie słyszeć o wielkości ówczesnych Chicago Bulls, i wielkości Michaela Jordana, pamiętajcie: mniszą i pełną poświęcenia robotę robił też Dennis Rodman.  

Dla innych był i prywatnie. Każdy czytelnik jego autobiografii może się dowiedzieć, że gdyby tylko zechciał bliżej poznać się z rodmanową żoną (o ile akurat taka była), tak wiecie, naprawdę blisko, to Rodman nie ma nic przeciwko i jeszcze chętnie piątkę przybije. Ale pamiętajcie, działa to w obie strony, nasz król zbiórek chętnie lubi poznawać bliżej, wiecie, tak naprawdę blisko, również cudze żony. Co i niejednokrotnie czynił.

Zaryzykuję tezę, w którą, jak i w ogóle we wrodzoną dobroć ludzi, święcie wierzę: otóż nawet co chwila zmieniane podczas zawodniczej kariery fryzury (kiedyś stwierdził nasz Dennis, że będzie ubarwiał głowę innym kolorem włosów co mecz) to nie fanaberia gwiazdeczki, a ukłon w stronę fryzjerów – niech sobie i  nożycoręcy też trochę zarobią.

Jeśli jednak świat na szlachetności Rodmana w porę się nie poznał, to teraz może to jeszcze nadrobić. Powziął bowiem Dennis decyzję, że swoje służalcze talenty wykorzysta na szczeblu polityki międzynarodowej i jął nasz bohater zbliżać do siebie narody, bardzo bardzo odległe od siebie narody – północnoamerykański i północnokoreański.

Wykorzystał przy tym wiedzę, że umiłowany przywódca Korei Północnej, Kim Dong Un, jest fanem koszykówki, a szczególnie legendarnych Bulls, których Rodman był przecież częścią. I zaczął uprawiać, jak sam twierdzi, "koszykarską dyplomację". Cel – złagodzenie napięcia między USA i Koreą Północną.

Przede wszystkim oświeca nas, niechętnych koreańskiemu dyktatorowi, ludzi Zachodu; zapewnia, że Kim, jak go pieszczotliwie sam gwiazdor nazywa, "jest wielkim przywódcą, tak jak jego dziadek i ojciec. Nie chce z nikim wojny. Jest bardzo szczery. Obywatele go kochają". Rodman z pewnością wie, co mówi, u umiłowanego przywódcy był już kilkakrotnie, poznał go nie tylko od strony wodza, ale i prywatnie, jako "wspaniałego faceta, dobrego ojca, który ma piękną rodzinę". I w ogóle nazywa swoim przyjacielem.

Chce nas też szlachetny Dennis uświadomić, że powtarzane ciągle słowa, jakoby Korea Północna była największym kacetem świata (w obozach pracy ok. 200 tyś. ludzi), jej obywatele stale głodowali i żyli w ciągłym strachu, to bzdura. "On (znaczy umiłowany przywódca) lubi, kiedy ludzie wokół niego są szczęśliwi" – twierdzi Rodman.

Aby przekonać nas jeszcze bardziej – nasz umiłowany szlachetnik, członek Galerii Sław NBA, pięciokrotny mistrz ligi – postanowił zebrać kilku kumpli i zagrać w Pjongjangu pokazowy mecz. Żeby po powrocie mogli i oni wszystkim objawić: "Hej, tam nie jest tak źle jak myślicie".

Oczywiście przysłuży się to też miejscowym, nie tylko Kim Dzong Unowi, który zobaczy koszykówkę w najlepszym, choć emerytowanym już niestety, wydaniu, ale i Kim Dzong Una ludowi, który nawet jeśli doniesienia o jego chronicznym niedożywieniu i wszechobecnym strachu są prawdą, to chociaż z bliska zobaczy amerykańskie sportowo-kulturowe show. Nikt nie będzie mógł więcej powiedzieć, że kraj jest zamknięty na cztery spusty.

Rodman swojej doniosłej, dziejowej misji jest świadomy: Teraz ludzie biorą mnie na poważnie. Widzą we mnie światowego ambasadora"

I stanąć należy będzie w obronie Dennisa, w którego szlachetności ludzie małej, w innych ludzi, wiary widzą jedynie cyniczny skok na kasę. I przywołują, że jest jednym z tych koszykarzy, którzy w pięć lat, według statystyk, po skończeniu kariery stają się bankrutami, a staje się nimi – znów według statystyk – ponad połowa emerytowanych koszykarzy. I którzy muszą robić z siebie pośmiewisko, by zarobić gdzie się da, na alimenty, na debet na koncie, na hazardowe długi. 

Jeśli nawet tak jest w przypadku Dennisa i jego kolegów, to z pewnością od umiłowanego przywódcy nie wzięli za grę złamanego grosza. Pokazowy mecz zagrali przecież w jego urodziny. Faktur za prezenty na imprezę się raczej nie przynosi.

Ps. Jest nawet dowód, że nie tylko granie było, ale i nieśmiałe śpiewanie "sto lat".


     

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz