Kiedy gruchnęło, że na stałe
przylatuje do Barcelony, poczułem strach, klasyczny strach przed nieznanym. Bo
w gruncie rzeczy nic o nim nie wiedziałem – czy faktycznie jest taki dobry jak
mówią? – brazylijskich rozgrywek nie śledziłem, internetowym zbitkom wiary nie
daję i w ogóle nieufny jestem wobec graczy, których poważny piłkarski świat nie
zdążył sprawdzić.
Jakieś jego popisy – wcale niezłe – w internecie wygrzebać
można było bez trudu, najczęściej razem z opiniami o wybitnym talencie. Problem
w tym, że Latynosi geniuszem obwołują każdego, kto choć kilka razy – im młodszy
tym lepszy – wymyślnie kopnie piłkę. Mają przecież w tym swój interes, jako
wybitni eksporterzy piłkarzy, zachwalać muszą swoje produkty bez przerwy.
Dopiero Europa je weryfikuje. A
jeśli się sprawdzą – wybitnie wynagradza: wręcza nagrody indywidualne, podsuwa
sute kontrakty od najlepszych firm, tych sportowych i niesportowych, zaprasza
na salony.
Z Neymarem wszystko było na opak.
Zanim postawił piłkarską stopę na europejskim lądzie, już pływał w luksusach.
Stał się twarzą rozwijającej się ligi, zdążył podpisać reklamowe kontrakty z
kilkunastoma markami, pomiędzy meczami byczył się na własnym jachcie, latał ze
swoją świtą wynajętymi tylko dla siebie odrzutowcami. Brylował w mediach
(tradycyjnych i nowoczesnych), tańczył i śpiewał, został celebrytą i krezusem
zanim na dobre wszedł w dorosłość.
W rankingu na największy
potencjał marketingowy wśród sportowców stał obok wyczynowych herosów – LeBrona
Jamesa i Usaina Bolta. I jeśli nawet widać było, że w piłkę też kopie niczego
sobie, to zaraz rodziło się we mnie podejrzenie, że ulegam – my wszyscy
ulegamy! – marketingowemu arcydziełu, które stworzyło bożka z niczego. Że sztab
pijarowców wypindrzył jego piłkarskie wygibasy niczym fryzurę wdzięczącą się na
bilbordzie, a murawa jest tylko przedłużeniem wybiegu, na którym tak chętnie, w
blasku fleszy, się pojawia. I wciska się nam zbitki popisów tancerza –
parkietowego i piłkarskiego – tak, jak brazylijskim fawelom wciska się reklamy
miliona gadżetów sygnowanych podpisem NJR11.
Zwłaszcza, że piłkarskie cv, z
całym drodzy państwo szacunkiem, z foteli nie zwalało. Owszem, zdobył z Santosem
Copa Libertadores, ale w finale klubowych mistrzostw świata był cieniem
katalońskich mistrzów, którzy wychłostali jego drużynę 4:0, z Brazylią pokazowo
przerżnął Copa America, nie wziął też upragnionego złota olimpijskiego w
Londynie, gdzie gole strzelać umiał tylko słabiakom. Im większa ranga meczów,
tym Neymara było mniej – to zresztą zarzucali mu rodacy.
Ale jeszcze większe obawy budził
jego charakter. Przeczytać można było o kłótniach, które wybuchały, gdy ktoś
ośmielił się zdjąć go z boiska. Kiedy trener Dorival Junior zabronił strzelać
piłkarzowi karnego (bo ten spudłował kilka wcześniejszych) młody gwiazdor
nawrzucał mu przy linii bocznej. A gdy, niczego przecież sobie, szkoleniowiec,
kandydat na selekcjonera, postanowił odsunąć krnąbrnego młodzieńca, zarząd
natychmiast go zwolnił. Bożek był nietykalny. Rywali upokarzał przechwalając się,
ile to nie zarabia. W meczu w Avoi niemal nie doprowadziło to do bójki. „Na
boisku jest panem i władcą i nikt nic nie robi, by to ukrócić. Stworzyliśmy
potwora” – mówił o Neymarze trener Rene Simoes.
To wszystko działo się, gdy Neymar
miał ledwie osiemnaście lat.
Pytanie tylko, czy dzieciak mógł
nie zwariować? Kiedy od maleńkości wmawiano mu, jaki to jest wyjątkowy,
chuchano i dmuchano, biegały za nim największe korporacje wciskając milionowe
kontrakty, wypraszały o występ telewizje, wdzięczyły się prezenterki,
uśmiechały modelki, piszczały nastolatki. A kiedy odmówił przejścia do Chelsea
to dziękował mu publicznie sam prezydent republiki, Luiz Inacio Lula da Silva.
I na końcu przechodził za rekordowe dla brazylijskiej piłki pieniądze do
Europy. Tak, jeśli ktoś mógł zwariować, to Neymar na pewno.
Więc kiedy dopadła mnie wieść, że
przenosi się na katalońskie murawy, stałem przerażony. A rozegrany chwilę potem Puchar
Konfederacji jeszcze obraz zagmatwał. Bo Neymar w końcu zachwycił, na globalnej
scenie, na oczach wszystkich, co najważniejsze – bezpośrednio oglądany przez
rozhisteryzowanych rodaków w próbie generalnej przed mundialem. Grał wybitnie –
strzelał, asystował, a kiwkami popisywał się z wyczuciem i smakiem. Zachwycił
sportowo, ale i mentalnie – harował dla drużyny, poświęcał się z pasją.
Błyszczał, owszem, ale i często oddawał pola innym, był częścią znakomicie
funkcjonującego organizmu.
Pytany o Barcelonę wypowiadał się
z pokorą, świadomy swojego miejsca, wiedzący, gdzie i po co idzie, i czego
będzie się od niego wymagać. Komplementował Xaviego, rozpływał się nad Messim
obiecując wiernie i lojalnie mu służyć. Znów, pytałem sam siebie, wypolerowali
go pijarowcy? Przygotowali kolejną rolę do odegrania? Tak nie mówi przecież
zblazowany i rozpieszczony gołowąs. Czekałem, aż wypowie się na murawie,
katalońskiej, w myśl zasady, że boisko
prawdę nam powie. Czekałem, a w tle rozpoczęła się konsumpcyjna orgia, sklepy
biły rekordy sprzedaży koszulek, znaczy, że marketingowa siła Brazylijczyka nie
była przesadzona, a cynicy, tu i ówdzie, prześmiewali się, że już robi to, po
co został przez znającego rynkowe realia prezesa sprowadzony. Znaczy – zarabia.
Ale Neymar przemówił i na boisku. Grzecznie akceptował powolne
wprowadzanie do drużyny z ławki, pokornie godził się na ściąganie z boiska.
Żadnych awantur, żadnego grymaszenia. Przyklejony do skrzydła, zdyscyplinowany
taktycznie, bez popisów i dryblingowych pląsów, bez wybijania się na plan
pierwszy. Żadnej rewolucji, zdawał się mówić, nie zamierzam wzniecać, nikogo
nie chcę obalać. Jestem, by pomagać. Dosłownie, zanim zaczął Brazylijczyk
strzelać, wyczarowywał usłużnie asysty, do dziś uzbierał ich więcej tylko Fabregas.
Aż odnieść można było wrażenie,
że jest zbyt pokorny, zbyt uniżenie grzeczny, odnieść zwłaszcza w tych
nielicznych momentach, kiedy brał grę na siebie, zaczynał zachwycać
dryblingami, popisywać się sztuczkami, rozpalając publiczność przypomnieniem
innego tancerza z Brazylii. To były jednak chwilowe przerywniki, po których
wracał Neymar do rzetelnej roboty zespołowej, aż żal się robiło, że taki
uczynny, taki koleżeński, że mógłby pozachwycać nieco bardziej samolubnymi
trikami. I tu właśnie paradoks – rozkapryszony, egoistyczny dzieciak
przeobrażony nagle w rzetelnego i dojrzałego społecznika?
Bo to niesamowite tym bardziej,
że to przecież wciąż młodzian. Rzucony od razu na najgłębszą wodę, do klubu z
samego szczytu, w dodatku klubu po przejściach, którego ma być filarem
odbudowy. Nie jutro, ale już, zaraz. Rzucony, co ważne, w obcy kontynent, w
obcą – nie tylko piłkarsko, ale i językowo – kulturę. To nam chyba umyka, że
żaden gracz sprowadzony z Ameryki Łacińskiej nie był ściągany jako aż taka
gwiazda, mająca błyszczeć od razu w aż tak wielkim klubie (jego znakomici
poprzednicy najpierw adaptowali się w mniejszych klubach, dopiero z czasem
dosięgali szczytów w Barcelonie). W dodatku gwiazda tak młoda. To się nie mogło
udać, nie od razu. A jednak się udało. Neymar zachwyca i, jak na moje, jego wkomponowanie
w kataloński, jakże trudny, odrzucający nawet wirtuozów w typie Ibrahimovica,
organizm, to jedna z najpiękniejszych opowieści półrocza Taty Martino. I
trenera ogromny sukces.
Paradoksalnie, Neymar wpisał się w
złowrogą konwencję i wzniecił rewolucję, tyle że poza boiskiem. Nie tyle on
sam, ile jego transfer, który zmiótł prezydenta i odsłonił szczegółowo kulisy
funkcjonowania handlowego rynku. Sam piłkarz i jego otoczenie nie zrobili nic
złego – prowadzą swoje interesy najlepiej jak potrafią, a potrafią, jak widać,
znakomicie. Nic tu ganić, raczej chwalić ojca, jak mądrze projektuje karierę
syna. I swoją.
Dobrze się stało, że te dwie
płaszczyzny, czysto piłkarska i pozasportowa, nie zeszły się w czasie, że burza
wokół transferu Neymara zbiegła się z jego kontuzją, i że wraca na boisko, gdy
sprawa przycichła. Jego ostatnie piłkarskie poczynania przeczą bowiem wszelkim skandalom,
jakie, bezpośrednio lub pośrednio, wywoływał.
Pytanie – jak będzie dalej? Czy
ciągle będzie grzeczny i pokorny? Poświęcający się dla drużyny? Jak długo
godził się będzie żyć w cieniu Messiego? Umiejętności skazują go na świecenie
najjaśniejszym blaskiem, ale czy drużyna jest w stanie pomieścić dwie gwiazdy
takiego kalibru? I ich ego? Na razie znakomicie się to udaje, ogromna w tym
zasługa i trenera, i dojrzałości samego Brazylijczyka, dojrzałości tym bardziej
niesamowitej w zestawieniu z niedawnym rozkapryszeniem. Udawać się będzie zawsze?
Te zagadki fascynują, równie mocno jak i pytanie: jaka, u licha, jest prawdziwa twarz Neymara?
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie www.fcbarca.com - kliknij tu.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz