poniedziałek, 31 marca 2014

Liverpool odkłamuje rzeczywistość


Chociaż cholernie ich ceniłem, wychodzi na to, że nie doceniałem. Po świąteczno-noworocznej dawce angielskiego futbolu przewidywałem - o tutaj - że spokojnie wywalczą 4. miejsce, żadne Tottenhamy, ani United ich nie dogonią, ale wyżej jednak nie podskoczą. Że do samego szczytu mikroskopijnie, ale jednak czegoś im brakuje. Że są zespołem pomiędzy - pomiędzy najlepszymi, a resztą.

Byli The Reds właśnie po szlagierach, na obcych terenach, minimalnie przegranych. Jako jedyni wówczas potrafili nawiązać równorzędną walkę na boiskach Chelsea i City, sprawiali nawet wrażenie lepszych, oba meczyska oddali zaledwie jedną bramką, w czym wybitnie pomogli gospodarzom sędziowie. To było symboliczne – arbitrzy gwizdali kontrowersyjnie przeciw liverpólczykom w myśl psychologicznej zasady, że w niewiadomej, stykowej sytuacji łatwiej zagwizdać przeciw słabszym, niż skrzywdzić silniejszego. To dowód, pisałem wtedy, że nawet w podświadomości arbitrów Liverpool od czołówki jednak odstaje, choćby o kontrowersyjne, ale kluczowe, gwizdki.

Od tego momentu – czytaj w 2014 roku – Liverpool nie spuścił jednak z tonu, a zaczął pogrywać jeszcze głośniej, w tymże roku pańskim nie przegrał bowiem, jako jedyny w Anglii, żadnego meczu, a wygrana z Tottenhamem była ósmą z rzędu. Coraz poważniej zaczęto widzieć w ekipie Rodgersa kandydata do tytułu, i to nie tylko pod Anfield, choć akurat tam wierzy się w tytuł wybitnie. Przed zaległym, zeszłotygodniowym meczem z Sunderlandem, kibice, by dodać otuchy zespołowi, przywitali go pod stadionem śpiewami, flagami, pirotechniką, zresztą – zobaczcie sami:


„We’re gonna win the league” śpiewają fani na przyjazd zespołu (od około 50.sekundy), to samo jednak krzyczeli już podczas meczu na Old Trafford, z odwiecznym wrogiem Manchesterem United, po golu Suareza:


Wymowne są komentarze pod filmikiem – nawet do samych fanów The Reds powoli dochodziło, że naprawdę ich ekipa może wygrać ligę. Bo, mimo że – dzięki ofensywnemu stylowi – atrakcyjna, to jednak z poważnymi brakami w często popełniającej błędy obronie, z 39 straconymi golami (tyle samo stracił np. 16. w tabeli Crystal Palace, mniej stracił nawet tegoroczny nieudacznik z Manchesteru, czy tradycyjny nieudacznik z Arsenalu). Ale jednocześnie ekipa Rodgersa strzeliła absolutnie najwięcej bramek (88, zjawiskowe w ofensywie City – 80, następna Chelsea „zaledwie” 62, kolejny Arsenal – 56).

To sprawia, że w tak zwanej różnicy bramkowej, która – w odróżnieniu od innych europejskich lig – przy równej liczbie punktów decyduje o mistrzostwie (a nie dorobek bezpośrednich meczów), Liverpool ustępuje City tylko o trzy gole. A w zanadrzu ma mecz z Obywatelami u siebie. Z Chelsea zresztą też. W ogóle kalendarz zdaje się The Reds wybitnie sprzyjać (jedną kolejkę już rozegrano):


Mam swoją własną, niepopartą twardymi dowodami, bardziej opierającą się na tak zwanym przeczuciu, niż konkrecie, teorię, że poważnie można myśleć o jakieś ekipie w kategoriach mistrzowskich wtedy, gdy ekipa nie pęka w kluczowych momentach. Kiedy wygrywa, gdy tabela od niej tego wymaga, gdy zwycięża w momencie porażek rywali, gdy wykorzystuje dary od losu. I Liverpool nie pęka. Miał wygrać zaległy mecz z Sunderlandem, by wspiąć się w pobliże szczytu – i wygrał. Pogubiła punkty cała czołówka w sobotę (porażka Chelsea, remisy City i Arsenalu) dając okazję The Reds wskoczyć na fotel lidera – i tak się stało. Wskoczył w charakterystycznym dla siebie stylu – obił Tottenham czterema golami, sprawę załatwił na samym początku, nie pozostawił złudzeń, czy lider mu się należy. Znam zespoły, które przez lata z takich okazji nie chciały skorzystać. Znaczy, nie zasługują na poważne traktowanie.

Liverpool można i trzeba – nie tylko za wyniki, ale szczególnie za styl. Podniecająco ofensywny, dzięki któremu drużyna Rodgersa zjednuje sobie obiektywnych fanów piłki angielskiej, odpowiedzialni za natarcia liverpólczycy są w ciągłym ruchu, wirują, niczym rozbijane światłem atomy, potrafią być wszędzie, są snajperami, rozgrywającymi, skrzydłowymi jednocześnie, Suarez ze Sturridgem nie tylko rekordowo dziurawią siatki rywali, ale co chwila wymyślają też asysty, lubują się w grze indywidualnej, uwielbiają dryblować, ale jednocześnie widzą się nawzajem. Wybierają niemal zawsze to, co optymalne.

Pisałem na Twitterze, że gdyby mieli kręcić film o Suarezie, to tytuł już jest – tańczący z obrońcami. Ale w ten ofensywny balet zaangażowani są wszyscy, łącznie z bocznymi obrońcami, przy czym nie mamy tu do czynienia z żadnym przedszkolnym ignoranctwem, bezmyślnym atakowanie na hura, przeciwnie – Rodgers znalazł złoty środek między wyobraźnią, odwagą, a odpowiedzialnością. Ofensywne wygibasy, pełne improwizacji, ryzyka, zagrań piętkami, kiwek, wymyślania nieszablonowych rozwiązań wpisują się jak najbardziej w taktykę trenera – pełną ikry, wyobraźni, pozostawiania swoim piłkarzom miejsca na improwizację i wolność, bez suchego schematu zabijającego i piłkarzom, i kibicom, radość z gry. Tak, jak to robił to Villas-Boas w Tottenhamie, który miał wybitnie duży elektorat negatywny, mimo niby-wyników.

Liverpool ma wybitnie duży elektorat pozytywny, bo gra zachwycająco i skutecznie. Rozbiegani i rozdryblowani gracze wymyślają niebanalne zagrania, ale jednocześnie uderza prostota ich gry – w założeniu dążąca do jak najszybszego strzelenia gola maksymalnie prostymi środkami. To nie przypadek, że Liverpool strzelił najwięcej bramek ze stałych fragmentów gry ze wszystkich czołowych pięciu lig europejskich (blisko 30). W ten sposób najłatwiej, o ile wypracujesz w pocie czoła tą sztukę.

Zjednują sobie gracze z miasta Beatlesów kibiców w jeszcze jeden sposób – są ludzcy. W tej radości z ofensywnego, improwizowanego futbolu, ale i przez wybitne ślamazarstwo w obronie, uosabiane przez Kolo Toure. To nie są żadne wytrenowane i wyuczone skuteczności gry w linii humanoidy od Mourinho, to raczej chłopcy z ferajny, chętnie zatracający się w ataku, ale gapowaci i często nieporadni w obronie. I stąd sympatyczni, jak sympatyczna jest ta ciamajda Toure. Zespół strzelający najwięcej goli, ale i najwięcej (z czołówki) tracący. Jego dwa oblicza tworzące całość nie do podziału.

Liverpool robi rewolucję w lidze angielskiej, skostniałej od lat, nie tylko przez to, że niespodziewanie wdarł się do czołówki, w której nie był od dawna, i że ma realne szanse na mistrzostwo, po raz pierwszy od 24 lat. Zadaje jednocześnie kłam wielu mitom obrosłym wokół Premier League, choćby kłamstwu arsenalowemu, rozpowszechnianemu chętnie przez Arsene Wengera, że Kanonierzy nie mogą skutecznie walczyć o mistrza, bo rywale są bogatsi, bo stać ich na największe gwiazdy, bo Arsenal nie przepłaca, bo stawia na ofensywny futbol kosztem obrony, bo to, tamto, sramto i owamto. Wenger – mistrz zakłamywania rzeczywistości, mistrz iluzji, w którą tak wielu (łącznie ze mną) przez lata wierzyło. W tym sezonie Liverpool wszystkie te bzdury obnaża – podstawowa jedenasta, która w niedzielę upokorzyła Tottenham kosztowała mniej niż latem, podczas jednego tylko okienka, wydał ów Tottenham na swoich nowych graczy…

Liverpool, jeśli przepłacał, to za graczy, którzy się nie sprawdzili (choćby Andy Carroll), w składzie wcale nie roi  się od gwiazd, a te, które są, swój szlif uzyskały na Anfield, ławka na kolana nie powala wcale, w ogóle Rodgers w lepieniu wybitnej drużyny z niekoniecznie pierwszorzędnego materiału przypomina Alexa Fergusona. Sukcesy to głównie jego know-how.

Miasto Liverpool w ogóle wznieciło w tym sezonie rewolucję, może mieć nie tylko mistrza, ale i dwie drużyny w Lidze Mistrzów. Za tydzień Everton podejmuje Arsenal w, być może, decydującym meczu o Ligę Mistrzów. Ale o tym meczu, i dlaczego warto za Everton trzymać kciuki, za tydzień, tuż przed pierwszy gwizdkiem.

Ps. Blog przejdzie w tym tygodniu delikatny retusz i od przyszłego tygodnia będzie dostępny pod adresem: marcinkarwat.blogspot.com

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz