Kiedy Paul Pierce i Kevin Garnett, po raz pierwszy od opuszczenia Bostonu, zawitali na stare śmieci, bostońska publiczność przyjęła ich tak wyjątkowo, że skromny nasz blogasek postanowił to zakronikować (do odświeżenia tu).
Pisałem, że obaj służą obecnie doświadczeniem i charakterem mistrzów Brooklynowi, a gra w Barclays Center to wcale nie emerytura pomostowa; jeśli nowojorczycy wywalczą awans do playoff, to jeszcze o starych wygach usłyszymy. Bo to żołnierze od zadań specjalnych, zaprawieni w najcięższych bojach charakterniacy, których wybitnie mobilizują wyzwania najwyższe. Nienawidzący przegrywać, umiejący za to wygrywać, jak mało kto, szczególnie w niesprzyjających okolicznościach.
Mnóstwo jest sportowców o wyjątkowym talencie, którzy nikną jednak, gdy zabawa idzie o najwyższą stawkę. Mistrzowski poziom ich paraliżuje, pęta umiejętności, nie potrafią wziąć ciężaru na siebie, a jeśli biorą, to z opłakanym skutkiem. Z Piercem i Garnettem odwrotnie - im wyższe pułapy, tym więcej z siebie wydobywają. Często nawet ponad własne umiejętności - jakby nie grali już z rywalem, ale z własnymi ograniczeniami i słabościami, i to je za wszelką cenę chcieli pokonać.
Zwłaszcza w ostatnim roku w Bostonie było to widoczne. Leciwi już i schorowani, bez rozrusznika Rajona Rondo, mimo to wprowadzili drużynę do playoff. Dlatego byłem pewien, że w Nowym Jorku też się przydadzą, zwłaszcza, kiedy stawka będzie robiła się coraz wyższa. Jak obecnie, gdy Brooklyn bije się o jak najlepsze miejsce (więc i rozstawienie) po sezonie zasadniczym i gra wchodzi w decydującą fazę.
Więc kiedy zobaczyłem, że ograli dziś w nocy dwukrotnych mistrzów - i hegemonów Wschodu - z Miami, w dodatku na ich parkiecie, wiedziałem, że bostończycy musieli maczać w tym palce. Nie pomyliłem się, pierwsze skrzypce grał Pierce - 29 punktów (17 w trzeciej kwarcie), 5/7 za 3, 9-12 z gry przy zaledwie 31 minutach na parkiecie. To była jego sceneria: wroga publika, hala mistrzów, sam Król James rywalem. W to staremu wydze graj:
Pierce z Jamesem prowadzą swoje własne mecze od lat. Najpierw ten pierwszy, przez lata gry w swoim Bostonie, nic nie mógł wygrać, zaczął dopiero, gdy dołączyli do niego Garnett, Allen i Rondo. Zbiegło się to akurat z pojawieniem się w lidze LeBrona, a chłopaki z Bostonu kilkakrotnie stawali na drodze Jamesowi i jego Cleveland. Sam LBJ uważał Celtów za swoich prześladowców. Zrewanżował im się dopiero po przejściu do Miami - jego radość po wyeliminowaniu starych i przetrąconych kontuzjami rywali, po heroicznych bojach, przeszła do legendy. Rok później sytuacja się powtórzyła, znów po epickich bataliach.
W tym roku możemy mieć powtórkę, w dodatku z wybitną narracją: młody, ziejący siłą i energią, dwukrotny mistrz ligi, i jej najlepszy gracz, kontra stający mu na drodze po trzeci tytuł weteran, schorowany już i powoli żegnający się z parkietem. Ale ciągle wiedzący jak wygrywać.
Przyznam się bez łamania kołem, że styl gry Pierce'a uwielbiam. Wydaje się wolny, misiowaty, czytelny, ale on grał tak zawsze: cierpliwie, wyrachowanie, cwanie. Ze znakomitą pracą nóg, z inteligencją, która nadal pozwala mu ogrywać młodszych i silniejszych od siebie. I przede wszystkim z sercem i charakterem, bo Pierce nigdy nie pękał, zawsze był walczakiem, dla którego nie było przegranych spraw, a którego wybitnie mobilizowały kłopoty. Za to kochał i nadał kocha go Boston (jeszcze raz odsyłam do przywoływanego już powitania).
Dlatego wyniku rywalizacji Brooklynu z Miami (jeśli do niej w playoff dojdzie) z góry bym nie przesądzał. Pierce'a z LeBronem ma rachunki do wyrównania, a jeśli będzie trzeba - The Truth z pewnością podejmie rękawice. I nie pęknie.
Ps. W tym roku Brooklyn spotykał się z Miami już trzykrotnie. Wszystkie trzy mecze wygrał..
Ps. W tym roku Brooklyn spotykał się z Miami już trzykrotnie. Wszystkie trzy mecze wygrał..

Czytając o Piercie a konkretnie o jego charakterze, walecznosci i wspinaniu się na wyżyny swych możliwości w najważniejszych meczachprzychodzi mi do głowy to wszystko czego brakuje bądź co bądź genialnemu pilkarzowi panu Zalatanowi I. Oby po tegorocznej lidze mistrzów nie wyasadził mnie z pociągu przeznaczonym dla krytyki i nie zamknał gdzieś gdzie bede mógło go tylko chwalić i podziwiać. :)
OdpowiedzUsuńPodpisuję się pod tym ;)
OdpowiedzUsuńI coś mi śmierdzi tym, że obu nam zamknie Zlatan usta w tym sezonie. O ile już tego nie robi..