W
Wielką Sobotę rusza decydująca faza rozgrywek NBA, pokusiłem się więc o ogólne
refleksje, bez wskazywania faworytów i prognozowania, kto kogo, o najlepszej
koszykarskiej – a może w ogóle o najdoskonalszej sportowej? – lidze świata.
Zanim
o tych, co zagrają, słówko o nieobecnych.
Po
raz pierwszy w historii ligi nie wystąpią w decydującej fazie ani Boston
Celtics, ani Los Angeles Lakers, ani New York Knicks. Bostończycy są w fazie
przebudowy, ich starzy mistrzowie służą doświadczeniem gdzie indziej (został jedynie zjawiskowy Rajon Rondo), który w dodatku dopiero w połowie sezonu wrócił
po długiej kontuzji. Lakersi – było do przewidzenia – najgorszy sezon od lat.
Nieobecny Kobe Bryant udowodnił swoją nieobecnością, że ma kluczowe znaczenie
dla wyników drużyny. W zeszłym sezonie Kobe wciągnął za uszy, równie słabych
Lakersów, do playoff. Jego heroiczne wyczyny z końcówki zeszłego sezonu przejdą
do legendy. Heroizm w dodatku okupiony kontuzją. Leciwy już gwiazdor, ciągnący
zespół niemal w pojedynkę, tak wyeksploatował organizm, że ten w decydującej
fazie odmówił posłuszeństwa, a Kobe, w zeszłorocznym playoff, do którego tak
szalenie dążył, w ogóle nie zagrał. A po półrocznej przerwie, w połowie tego
sezonu, kontuzja zaraz się odnowiła. Osierocony zespół nie miał szans. Mizeria
Knicksów też zatrważająca, co o tyle dziwne, że skład jest pełen talentów.
Małym usprawiedliwieniem są kontuzje – praktycznie przez cały sezon ktoś
wypadał, trener Woodson co chwila zestawiać zespół musiał inaczej. Nie wiadomo,
czy na kolejny rok zostanie nowojorski gwiazdor Carmelo Anthony, wokół którego
budowano drużynę. Melo chce mieć gwarancję grania w zespole, który ma szansę
rywalizacji z najlepszymi, a taką ekipę ma budować legendarny Phil Jackson,
który pod koniec sezonu został prezydentem klubu.
Nie zagra
w playoff również była drużyna Marcina Gortata, Phoenix Suns. Ekipa grająca
najefektowniejszą, obok Golden State, koszykówkę, niemal do końca biła się o
awans. I była największą rewelacją rozgrywek – przed sezonem skazywani na
ostatnie miejsca zachwycili publikę dynamiczną, żywiołową i ofensywną grą. W
składzie ma mnóstwo młodych, piekielnie utalentowanych graczy, których
znakomicie poukładał Jeff Hornacek, były świetny koszykarz Utah Jazz, trenerski
debiutant. Słońca nie awansowały przez siłę Zachodu – z takim bilansem (48-34)
na Wschodzie uplasowaliby się na trzecim miejscu! Są dopiero czwartym zespołem
w historii, który nie awansował do playoff z bilansem 48+.
Główne
pytanie – czy Miami trzeci raz z rzędu sięgną po tytuł? Czy zagrają po raz
czwarty z kolei w wielkim finale? Jak na moje – będzie cholernie trudno. Oddali
pierwsze miejsce na Wschodzie Indianie, czyli ekipie, która jako jedyna w
ostatnich latach próbuje się im przeciwstawić w Eastern Conference. Stracili
więc ewentualną przewagę parkietu w finale konferencji. A jeśli chodzi o Zachód
– to lepszy bilans mają tam nie tylko San Antonio Spurs, ale także Oklahoma i
Clippersi, a taki sam – Houston i Portland.
Wiele
zależy od tego, w jakim zdrowiu będzie Dwyan Wade. Już w poprzednim sezonie
borykał się z problemami, w tym sezonie jest podobnie, Miami – wobec słabej
postawy Indiany w końcówce sezonu – miało szansę na pierwsze miejsce na Wschodzie,
ale przegrywało zastraszająco często. Przy czym trzeba pamiętać o
nieśmiertelnej właściwości mistrzów – oni mobilizują się wybitnie na money
time, czyli czas kluczowy, decydujące momenty; jak w poprzednim finale, kiedy
omal nie oddali na własnym parkiecie mistrzostwa Spurs.
Pytanie,
czy ktoś może zaszkodzić finałowi Wschodu Indiana – Miami? Pacers w pierwszej
rundzie grają z Atlantą, która końcówkę sezonu miała tragiczną, ale w
bezpośrednich grach trzy razy graczy z Indianapolis ograła. Jest jeszcze
Chicago, znów bez swojej gwiazdy Derrica Rose’a, ale o sile Bulls stanowi kolektyw,
szaleńca obrona, wzajemne poświęcenie. To takie Atletico Madryt koszykówki,
nawet ich trener, Tom Thibodeau, wpisuje się w konwencję Diego Simeone –
fanatyk zespołowości i gry obronnej. Na drodze Miami stanąć może Brooklyn z
bostońskimi starymi wygami – Piercem i Garnettem – którzy z Heat i LeBronem mają rachunki do wyrównania. Co ciekawe, wszystkie cztery mecze sezonu
zasadniczego nowojorczycy z Miami wygrali.
O
Zachodzie to już w ogóle trudno cokolwiek powiedzieć. Może oprócz tego, że znów
cholernie mocno trzymają się San Antonio. Co roku powtarza się frazę o starości
weteranów, ich etapie schyłkowym, a im mocniej się to akcentuje, tym ekipa
Popovicha gra lepiej. Teraz, jako jedyni, wygrali ponad 60 meczów (62-20), jak
zawsze imponują kolektywem i pracą zbiorową. Powtórka z finału zeszłego roku
zapowiadałaby się pasjonująco, zwłaszcza, że Spurs pewnie nie mogą wybaczyć
sobie tego, jak frajersko oddali mecz nr 6 w Miami, który powinien dać im
tytuł. Zrobili tam wszystko, co mogli, by mistrzostwa nie wygrać.
Ale
czy do finału uda im się dotrzeć? Zachód imponuje tradycyjną siła – Clippersi odnieśli
rekordowe w historii klubu 57 zwycięstw, na ławce mają fachurę Doca Riversa,
trenera t a m t e g o Bostonu. Jest Oklahoma, której lider Kevin
Durant w tym roku odbierze MVP sezonu zasadniczego (chociaż osobiście nie
wierzę, by jakikolwiek zespół z Russellem Westbrookiem mógł odnosić sukcesy).
Jest Houston Rockets, gdzie odnalazł w końcu swoje miejsce Dwight Howard, u
boku Jamesa Hardena, czy Jeremiego Lina. Jest w końcu Dallas, z którymi Spurs
grają w 1.rundzie. Wprawdzie obili Maverics w sezonie zasadniczym cztery razy,
ale playoff to inna para kaloszy, a stary dobry Dirk wciąż wie, jak wygrywać.
Coby nie pisać – będzie ciekawie. W dodatku bóg sportu fenomenalnie to wszystko poukładał.
NBA wchodzi w decydującą fazę w momencie, gdy piłkarskie emocje pomału się
kończą – ligi dogaszają swoje rozgrywki, w lidze mistrzów zostały trzy mecze. A
kiedy piłkarskie emocje wygasną już całkowicie – rozpali się decydującym płomieniem
koszykówka za oceanem. A jak i tam wszystko będzie już wiadomo, to, zanim
wystartują ligi na powrót, mamy Mistrzostwa Świata w Brazylii. Oglądać nie
umierać. Wiosenno – letnie przesilenie w tym roku pewne.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz