czwartek, 10 kwietnia 2014

Rebelia Atletico. Trwa


Ta rebelia nie zaczęła się w Hiszpanii, by potem rozlać się po Europie. Było całkowicie odwrotnie – narodziła się w Europie, by z czasem przeniknąć do Hiszpanii. A za jej początek uznać trzeba przyjście Diego Simeone – rewolucja Atletico ma twarz, serce i dusze El Cholo.

Nadgryzać ustalony porządek w krainie Cervantesa jego ludzie zaczęli poza granicami kraju, ale na drugim europejskim planie, niepozornie, z dala od elity, której z czasem postanowili rzucić wyzwanie. Po pół roku pracy Argentyńczyka zdobyli Ligę Europejską. Rozgrywki drugiego garnituru, w sam raz dla hiszpańskiego tła. Ale chwilę potem pobili w Superpucharze Chelsea (przed poprzednim sezonem), dając sygnał, że ich ambicje sięgają samych szczytów, że chcą i mogą ruszyć w pogoń za hiszpańskimi hegemonami. W zeszłym sezonie jeszcze nie do końca się udało, bo wszystkie mecze z nimi przegrali, ale święty porządek podkopywali pomału, acz systematycznie. W tabeli usadowili się za kolosami, ale wyraźnie ponad resztą stawki. I na koniec dali kolejny sygnał zapowiadający dalszą rebelię – po 14 latach bez zwycięstwa w derbowym meczu, ze znienawidzonym rywalem, ograli go w finale Pucharu Króla. Na znienawidzonego rywala terenie. Kończąc upokarzający sezon samego Mourinho upokorzeniem niewidzianym w Madrycie (i całej Hiszpanii) od lat. Gwóźdź do trumny, stempel porażki projektu Realu według wielkiego Portugalczyka. Zwycięstwo – symbol, uważający się za największego nie zdobył żadnego trofeum, nie pozwolili na to w ostatnim meczu ludzie Simeone, odszedł pokonany.

A w tym sezonie rewolucja rozgorzała już na całego, czego dowodem był kolejny milowy kroczek – znów obity Real u siebie, tym razem ligowo. Kolejna wygrana bitwa, na kolejnym froncie, znów wygrana symbol rzuconego dominatorom wyzwania. Nie poprzestali na tym. Od początku sezonu wojownicy Simeone idą łeb w łeb z hiszpańskimi panami, przecieramy oczy ze zdumienia, zastanawiamy się – kiedy do cholery oni pękną, bo kiedyś przecież muszą, nie ma tam ani tyle talentu, ani odpowiedniego zaplecza na takie rozboje. A ci nie tylko nie pękają, ale jeszcze otwierają front kolejny, na szczytach szczytów – w samej Lidze Mistrzów. Nie przegrali tam żadnego meczu, a gdyby wytrzymali dwie końcówki w Sankt Petersburgu i Barcelonie – wygraliby wszystkie mecze. Fenomen.    

Paradoks: im bardziej powinni być wyczerpani, im mocniej powinni się słaniać – tym silniejsi się wydają. W Hiszpanii wyszli na czoło stawki, w Europie, na rewanż z Barceloną, wyjdą z mocniejszej pozycji. Paradoks kolejny – rewolucję totalną wzniecili w najmniej możliwym ku temu momencie. Kiedy porządek, w którym dominuje klasa panów – Barca i Real – a reszta jest tylko nędznym tłem, wydawał się ustalony raz na zawsze. Którego kształt ustaliła forsa.

Powtórzmy lapidarnie to, co oczywiste: giganci hiszpańskiej piłki zdobyli olbrzymią przewagę nad konkurencją dzięki dominacji ekonomicznej. Globalne korporacje, jakimi uczyniła ich komercyjna nowoczesność, wypracowują ogromne przychody dzięki temu, że w każdym zakątku globu, od Seulu po Kinszasę można kupić produkty firmowane ich nazwą, największe globalne marki płacą krocie za możliwość ogrzania się w bliskości świętych barw, mają największe stadiony generujące największe przychody, co roku wyciągają pokaźne sumy z Ligi Mistrzów i żeby niesprawiedliwość była pełna, to jeszcze prawa do transmisji z ligi hiszpańskiej sprzedają same, tak, by jak największe zyski przeznaczyć dla siebie, a reszcie rzucić nędzne ochłapy. Reszcie, która w dotkniętej kryzysem Hiszpania ledwo wiąże koniec z końcem, jest po czubki głów zadłużona, żeby przetrwać musi sprzedawać swoich najlepszych piłkarzy (często właśnie gigantom), co sportowo jeszcze je osłabia. Hiszpania nie doczekała się też żadnego dobrodzieja w turbanie, który z dnia na dzień przemieniłby łachmaniarza w księcia, co to rzuci wyzwanie potęgom. O równej rywalizacji można było jedynie pomarzyć, kształt ligi ustala mamona, zanim jeszcze zabrzmi pierwszy gwizdek sezonu.

Ale to przeciw takiemu kształtowi świata zbuntowali się ludzie Simeone. Jego piłkarze realizują marzenia kibiców wyczarowujących z ginowej butelki życzenie o drużynie, która rozbije duopol hiszpańskich gigantów. Gigantów, którzy dominują w lidze już od tak dawna, że nie bardzo wierzymy, iż faktycznie 10 lat temu tytuł mógł zdobyć ktoś spoza pary Barcelona – Real (najlepsza była wówczas Valencia). Atletico już odniosło ogromny sukces – kiedy przestaliśmy pytać: kiedy padną? A zaczęliśmy: czy w ogóle padną?
A paść wcale nie muszą, bo klucz do ich sukcesów leży w ich trenerze. To urodzony zwycięzca. Jako piłkarz wygrywał z Atletico podwójną koronę (1996 r.), z Interem P. UEFA (1998r.), z Lazio Superpuchar Europy (1999r.) i potrójną koronę we Włoszech (przełom wieków). Klucz jednak tkwi w jego mentalności i osobowości. Gracze Simeone rzucają się rywalom do gardeł jak wściekłe psy, nie godzą się z wynikiem innym niż własne zwycięstwo, żelaźnie bronią i zajadle atakują, kontrolowana, twórcza agresja to ich znak rozpoznawczy. Simeone był człowiekiem środka pola, wyspecjalizowany w morderczej walce z największymi boiskowymi zakapiorami, człowiekiem do zadań specjalnych, który krwią, potem i łzami dążył po trupach do celu (to on sprowokował swoim faulem czerwoną kartkę Beckhama na MŚ we Francji). Grając jako defensywny pomocnik (a był jednym z najlepszych na tej pozycji) potrzeba umiejętności piłkarskich, ale jeszcze bardziej cech wolicjonalnych. Tam nie ma miejsca na dylematy, wątpliwości, słabostki. Zawahasz się – to zginiesz. Jego piłkarska pozycja jest kluczowa w rozumieniu zespołu, który prowadzi, bo chce go widzieć takim, jakim był sam na boisku – jako drużynę, która nie zastanawia się, czy rzucać wyzwanie rywalom, nie boi się wypowiadać wojen, wierzy we własne sukcesy, szaleńczo do nich dąży. Swojemu zespołowi nadał Simeone własną osobowość.

I tak jak nie pękają jego gracze w pojedynczych meczach, tak też nie pękają – w tym sezonie – na długim dystansie. I sami z siebie nie pękną, trzeba ich do tego zmusić. W rebelii Atletico została jeszcze jedna niepokonana, symboliczna przeszkoda: Barcelona. Zwarli się już w tegorocznej kampanii czterokrotnie. Czterokrotnie padł remis. Nikt nie wygrał. Nikt nie przegrał. Poszczególnych bitew Simeone nie oddawał, ale wojnę na razie przegrywa. Po dwóch remisach nie zdobył Superpucharu Hiszpanii. Remis na Vicente Calderon też korzystniejszy wydaje się dla Barcy (w obliczu ostatniego meczu sezonu u siebie). Teraz – paradoksalnie – kolejny remis może zadowolić obie ekipy. W zależności tylko, jaki..

Dlatego Barcelona musi zacząć dławić tę rebelię tam, skąd wyszła. W Europie. Nie może pozwolić wojownikom Simeone na jeszcze jedno symboliczne zwycięstwo, zwycięstwo, którego jeszcze nie odnieśli – zwycięstwo nad Barceloną właśnie. To może być ich kolejny mentalny dopalacz – w sam raz na końcówkę sezonu, w sam raz na dokończenie powstania. Albo początek końca tego buntu, stłamszonego w Europie, a potem w Hiszpanii, może i w ostatniej kolejce sezonu. Stłamszonego wszelkimi możliwymi sposobami – choćby nieczystą grą, choćby cynizmem, cwaniactwem. Z nimi inaczej się nie da. 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz