Ta rebelia nie zaczęła się w
Hiszpanii, by potem rozlać się po Europie. Było całkowicie odwrotnie –
narodziła się w Europie, by z czasem przeniknąć do Hiszpanii. A za jej początek
uznać trzeba przyjście Diego Simeone – rewolucja Atletico ma twarz, serce i dusze
El Cholo.
Nadgryzać ustalony porządek w
krainie Cervantesa jego ludzie zaczęli poza granicami kraju, ale na drugim
europejskim planie, niepozornie, z dala od elity, której z czasem postanowili
rzucić wyzwanie. Po pół roku pracy Argentyńczyka zdobyli Ligę Europejską.
Rozgrywki drugiego garnituru, w sam raz dla hiszpańskiego tła. Ale chwilę potem
pobili w Superpucharze Chelsea (przed poprzednim sezonem), dając sygnał, że ich
ambicje sięgają samych szczytów, że chcą i mogą ruszyć w pogoń za hiszpańskimi hegemonami.
W zeszłym sezonie jeszcze nie do końca się udało, bo wszystkie mecze z nimi
przegrali, ale święty porządek podkopywali pomału, acz systematycznie. W tabeli
usadowili się za kolosami, ale wyraźnie ponad resztą stawki. I na koniec dali
kolejny sygnał zapowiadający dalszą rebelię – po 14 latach bez zwycięstwa w
derbowym meczu, ze znienawidzonym rywalem, ograli go w finale Pucharu Króla. Na
znienawidzonego rywala terenie. Kończąc upokarzający sezon samego Mourinho
upokorzeniem niewidzianym w Madrycie (i całej Hiszpanii) od lat. Gwóźdź do
trumny, stempel porażki projektu Realu według wielkiego Portugalczyka.
Zwycięstwo – symbol, uważający się za największego nie zdobył żadnego trofeum,
nie pozwolili na to w ostatnim meczu ludzie Simeone, odszedł pokonany.
A w tym sezonie rewolucja
rozgorzała już na całego, czego dowodem był kolejny milowy kroczek – znów obity
Real u siebie, tym razem ligowo. Kolejna wygrana bitwa, na kolejnym froncie,
znów wygrana symbol rzuconego dominatorom wyzwania. Nie poprzestali na tym. Od
początku sezonu wojownicy Simeone idą łeb w łeb z hiszpańskimi panami,
przecieramy oczy ze zdumienia, zastanawiamy się – kiedy do cholery oni pękną,
bo kiedyś przecież muszą, nie ma tam ani tyle talentu, ani odpowiedniego
zaplecza na takie rozboje. A ci nie tylko nie pękają, ale jeszcze otwierają
front kolejny, na szczytach szczytów – w samej Lidze Mistrzów. Nie przegrali
tam żadnego meczu, a gdyby wytrzymali dwie końcówki w Sankt Petersburgu i
Barcelonie – wygraliby wszystkie mecze. Fenomen.
Paradoks: im bardziej powinni być
wyczerpani, im mocniej powinni się słaniać – tym silniejsi się wydają. W
Hiszpanii wyszli na czoło stawki, w Europie, na rewanż z Barceloną, wyjdą z
mocniejszej pozycji. Paradoks kolejny – rewolucję totalną wzniecili w najmniej
możliwym ku temu momencie. Kiedy porządek, w którym dominuje klasa panów –
Barca i Real – a reszta jest tylko nędznym tłem, wydawał się ustalony raz na
zawsze. Którego kształt ustaliła forsa.
Powtórzmy lapidarnie to, co
oczywiste: giganci hiszpańskiej piłki zdobyli olbrzymią przewagę nad
konkurencją dzięki dominacji ekonomicznej. Globalne korporacje, jakimi uczyniła
ich komercyjna nowoczesność, wypracowują ogromne przychody dzięki temu, że w
każdym zakątku globu, od Seulu po Kinszasę można kupić produkty firmowane ich
nazwą, największe globalne marki płacą krocie za możliwość ogrzania się w
bliskości świętych barw, mają największe stadiony generujące największe
przychody, co roku wyciągają pokaźne sumy z Ligi Mistrzów i żeby
niesprawiedliwość była pełna, to jeszcze prawa do transmisji z ligi
hiszpańskiej sprzedają same, tak, by jak największe zyski przeznaczyć dla
siebie, a reszcie rzucić nędzne ochłapy. Reszcie, która w dotkniętej kryzysem
Hiszpania ledwo wiąże koniec z końcem, jest po czubki głów zadłużona, żeby
przetrwać musi sprzedawać swoich najlepszych piłkarzy (często właśnie
gigantom), co sportowo jeszcze je osłabia. Hiszpania nie doczekała się też
żadnego dobrodzieja w turbanie, który z dnia na dzień przemieniłby łachmaniarza
w księcia, co to rzuci wyzwanie potęgom. O równej rywalizacji można było
jedynie pomarzyć, kształt ligi ustala mamona, zanim jeszcze zabrzmi pierwszy
gwizdek sezonu.
Ale to przeciw takiemu kształtowi
świata zbuntowali się ludzie Simeone. Jego piłkarze realizują marzenia kibiców
wyczarowujących z ginowej butelki życzenie o drużynie, która rozbije duopol
hiszpańskich gigantów. Gigantów, którzy dominują w lidze już od tak dawna, że
nie bardzo wierzymy, iż faktycznie 10 lat temu tytuł mógł zdobyć ktoś spoza
pary Barcelona – Real (najlepsza była wówczas Valencia). Atletico już odniosło
ogromny sukces – kiedy przestaliśmy pytać: kiedy padną? A zaczęliśmy: czy w
ogóle padną?
A paść wcale nie muszą, bo klucz
do ich sukcesów leży w ich trenerze. To urodzony zwycięzca. Jako piłkarz
wygrywał z Atletico podwójną koronę (1996 r.), z Interem P. UEFA (1998r.), z
Lazio Superpuchar Europy (1999r.) i potrójną koronę we Włoszech (przełom
wieków). Klucz jednak tkwi w jego mentalności i osobowości. Gracze Simeone
rzucają się rywalom do gardeł jak wściekłe psy, nie godzą się z wynikiem innym
niż własne zwycięstwo, żelaźnie bronią i zajadle atakują, kontrolowana, twórcza
agresja to ich znak rozpoznawczy. Simeone był człowiekiem środka pola,
wyspecjalizowany w morderczej walce z największymi boiskowymi zakapiorami,
człowiekiem do zadań specjalnych, który krwią, potem i łzami dążył po trupach
do celu (to on sprowokował swoim faulem czerwoną kartkę Beckhama na MŚ we
Francji). Grając jako defensywny pomocnik (a był jednym z najlepszych na tej
pozycji) potrzeba umiejętności piłkarskich, ale jeszcze bardziej cech
wolicjonalnych. Tam nie ma miejsca na dylematy, wątpliwości, słabostki. Zawahasz
się – to zginiesz. Jego piłkarska pozycja jest kluczowa w rozumieniu zespołu,
który prowadzi, bo chce go widzieć takim, jakim był sam na boisku – jako
drużynę, która nie zastanawia się, czy rzucać wyzwanie rywalom, nie boi się
wypowiadać wojen, wierzy we własne sukcesy, szaleńczo do nich dąży. Swojemu
zespołowi nadał Simeone własną osobowość.
I tak jak nie pękają jego gracze
w pojedynczych meczach, tak też nie pękają – w tym sezonie – na długim
dystansie. I sami z siebie nie pękną, trzeba ich do tego zmusić. W rebelii
Atletico została jeszcze jedna niepokonana, symboliczna przeszkoda: Barcelona. Zwarli
się już w tegorocznej kampanii czterokrotnie. Czterokrotnie padł remis. Nikt
nie wygrał. Nikt nie przegrał. Poszczególnych bitew Simeone nie oddawał, ale
wojnę na razie przegrywa. Po dwóch remisach nie zdobył Superpucharu Hiszpanii.
Remis na Vicente Calderon też korzystniejszy wydaje się dla Barcy (w obliczu
ostatniego meczu sezonu u siebie). Teraz – paradoksalnie – kolejny remis może
zadowolić obie ekipy. W zależności tylko, jaki..
Dlatego Barcelona musi zacząć
dławić tę rebelię tam, skąd wyszła. W Europie. Nie może pozwolić wojownikom
Simeone na jeszcze jedno symboliczne zwycięstwo, zwycięstwo, którego jeszcze
nie odnieśli – zwycięstwo nad Barceloną właśnie. To może być ich kolejny
mentalny dopalacz – w sam raz na końcówkę sezonu, w sam raz na dokończenie
powstania. Albo początek końca tego buntu, stłamszonego w Europie, a potem w
Hiszpanii, może i w ostatniej kolejce sezonu. Stłamszonego wszelkimi możliwymi
sposobami – choćby nieczystą grą, choćby cynizmem, cwaniactwem. Z nimi inaczej
się nie da.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz