Znów
daliśmy się nabrać. Kolejny raz.
Widzieliśmy – albo lepiej: chcieliśmy widzieć – Arsenal inny niż przez lata. Potrafiący
regularnie ogrywać drugi angielski garnitur, nierozdający masowo punktów
średniakom, wygrywający mimo niesprzyjających okoliczności, wyszarpujący zwycięstwa (West Ham, Cardiff). W końcu solidnie broniący, z parą stoperów na miarę
najlepszej w lidze.
Dostrzegaliśmy – albo lepiej: chcieliśmy dostrzegać – zmianę ich mentalności. Wydorośleli, można było powiedzieć, potrafią grać cynicznie, wycofywać się, a jak trzeba – zadać
śmiertelny cios (jak w Dortmundzie). Nierzucający się już bezmyślnie do naiwnych ataków, wyleczeni ze ślepej idei ciągłych, zmasowanych
wygibasów ofensywnych, narażający się w ten sposób na wypunktowanie co cwańszym ekipom. Nie
stracili szans na mistrzostwo – jak zazwyczaj – w okolicach stycznia.
Stracili
w okolicach kwietnia. I znów można by – jak zawsze – znaleźć milion
usprawiedliwień. Że fatalnie niesprzyjający kalendarz skazujący Kanonierów na
grę przez dwa miesiące samych wykrwawiających szlagierów. Że ciągłe kontuzje
najlepszych graczy, ciągła z konieczności rotacja. Że za krótka ławka,
niezdolna do uzupełnienia braków. Że napastnik bez zmiennika (wyjście na Bayern
z Sanogo..). Że słabsi finansowo nie mogą wydać – jak Tottenham – stu milionów
w jedno lato. Że nie pompują rynkowej bańki absurdalnymi kwotami za transfery i
kontrakty, że wolą – romantycznie – wychowywać, co czyni ich naturalnie
słabszymi.
Że
to, sramto i owamto. Arsene Wenger – mistrz znajdywania obiektywnych
usprawiedliwień, mistrz tłumaczenia siebie, mistrz wymówek, w które wielu
(przez lata!) wierzyło i nadal wierzy. Ale przede wszystkim – mistrz obłudy.
Arsenal
wychowuje? Bzdura. Wyciąga już ukształtowanych 15-16 latków, nadaje im swój – to prawda – świetny szlif, kiedy wchodzą w dorosłość. Dorobił się Wenger tytułu
złodzieja dzieciaków, na pieńku ma zwłaszcza z Barceloną – z La Masii czerpie,
wbrew woli klubu, hurtowo, kusząc funtami i lepszą perspektywą rozwoju.
Niejednokrotnie płaci za gołowąsów grube miliony. Na obcych angielskich
stadionach śpiewają mu: „Leave this kids alone”. Oczywiście Wenger chwali ostatnią decyzję FIFA karzącą Barcelonę za wyrywanie młodych ludzi z ich
naturalnego otoczenia. Mistrz
hipokryzji.
Arsenal
nie wydaje dużo? Bzdura. Zanim położył blisko 50 baniek za Ozila, wydał kiedyś
podobną kwotę w ostatnim dniu okienka transferowego – słynne zakupy „last
minute”. Arsenal wydaje, ale wydaje fatalnie, wtedy przepłacał za towar już
przebrany, teraz Niemca też brał w ostatniej chwili, bez okresu przygotowawczego
z nowym zespołem. Ozil miał odmieć Arsenal na początku sezonu, ciągnąć go wzwyż
swoją dobrą grą i ciągnąć w dół, gdy wykończyła go fizycznie angielska piłka.
Może gdyby przyszedł w czerwcu/lipcu, przygotował się należycie do nowych
wyzwań w nowej lidze z nowym zespołem, nie zaniemógłby w połowie sezonu. Ozil
już w Hiszpanii nie imponował fizycznie, gdzie większość meczów rozgrywał w
spacerowym tempie. A co dopiero w Anglii.
Za
krótka ławka? A kto przeszedł samego siebie na nowo definiując pojęcie absurdu?
Potrzebowali Kanonierzy zimą napastnika, a wypożyczyli pomocnika Kallstroma,
ale wiedząc, że przez dwa miesiące będzie kontuzjowany, akurat dwa najgorętsze
miesiące z zatrzęsieniem meczów o wszystko. Pisałem już o tym – w tym miejscu –
po czasie można dodać, że faktycznie dodatkowy pomocnik, w obliczu pomoru w
drugiej linii, by się przydał, gdyby tylko był zdrowy..
Kontuzje?
Znów padli najważniejsi. Nie na chwilę, a na długie miesiące. Jak co roku. To
nie może być przypadek, że w każdym sezonie kilku graczy wypada na wiele
kolejek. Ile razy poważnie łamali się już ci młodzi, teoretycznie o
najsilniejszych organizmach, u progu karier? Chamberlainy, Walcotty, Ramseye,
Wilshery? O ile lepsi byliby, gdyby rozwijali się normalnie, bez przerw? I
gdzie leży tego przyczyna? Wenger za szybko wypuszcza na pierwszoligowe młócki?
Za bardzo obciąża młode organizmy? Kuleje opieka medyczna? Coś musi być na
rzeczy.
To
są wszystko sprawy makro, w tych mikro też było jak zawsze. Arsenal ciułał
punkty z przeciętniakami, ale szlagiery oddawał jak zwykle, a solidna obrona
rozsypywała się podczas upokorzeń z Chelsea, czy Liverpoolem. W internecie roi
się od zawstydzających zestawień, w których Arsenal bije rekordy nieudolności
(punktowe i bramkowe) w meczach z czołówką w ostatnich latach. I znów pozostała
mu walka o ledwie czwarte miejsce.
Mistrz
zakłamań – jeśli Arsenal zmieści się w czwórce – znów będzie mówił o sukcesie,
którymś tam z rzędu awansie do LM. Symboliczne – z braku sukcesów prawdziwych trzeba
wymyślać pseudo zastępniki. Takim jest dla Wengera czwarte miejsca, bo
Londyńczycy przeistoczyli się już dawno z elity w wyższą klasę średnią. Biją
się wiecznie o ostatnie miejsce, które daje nawet nie awans do LM, a ledwie do
ich eliminacji (w których omal nie odpadli niedawno z Udinese). To jest ich
szczyt, wyżej nie podskoczą, czwórka – to jest ich małe mistrzostwo Anglii.
Pytanie
zasadne od lat – czy Arsenal jest bardziej klubem sportowym, czy już korporacją
finansową, w której futbol schodzi na drugi plan, jest tylko pretekstem do
spraw ważniejszych – do zarabiania. Bo skoro Wenger mówi o czwartym miejscu jak
o sukcesie, dyrektor finansowy o tym, że brak pucharów mu nie przeszkadza, bo
ważniejsza jest płynność finansowa, że zamiast wygranych turniejów słychać
ciągłe chwalenie się stadionem przynoszącym rekordowe zyski, to rodzi się
pytanie – czy poziom sportowy klubu wciąż jest priorytetem, czy ustąpił miejsca
innym wartościom?
I co
na to kibice, którzy muszą płacić największe kwoty na świecie za oglądanie
zespołu – fakt, w komfortowych warunkach – który stacza się od lat w
bylejakość, traci na sportowym znaczeniu, jest pośmiewiskiem.
Bo
za chwilę zabraknie nawet Ligi Mistrzów. Od kilku sezonów Kanonierzy
dramatycznie bronią się przed wypchnięciem z czwórki, w tym roku mogą słać
chyba kwiaty sir Alexowi, bo gdyby nie abdykacja Szkota, jego Manchester raczej
nie zsunąłby się w środek tabeli. A gdyby się nie zsunął, to Arsenal nie prężyłby
się z punktem przewagi nad piątym Evertonem. Evertonem, z którym za chwilę może
zamienić się miejscami.
I
temu rozwiązaniu – przyznaję uczciwie – mocno kibicuję. Widać było w niedzielę,
kto zasługuje bardziej na elitarne rozgrywki. Everton zachwycał zadziornością,
swobodą i dynamiką budowania akcji, walecznością, ale i pewnością siebie
pozwalającą popisywać się, co chwila, sztuczkami technicznymi, które nie były
sztuką dla sztuki, ale realnym zagrożeniem. Urokliwa ekipa Martineza potrafiła
rozkochać w sobie z miejsca, ta Wengera przypominała starą, zmęczoną chabetę
bez cienia ikry (może poza Chamberlainem). W meczu przecież być może kluczowym
dla ostatecznego kształtu podium!
Arsenalowi
życzę, by do Ligi Mistrzów nie awansował. Bo po co? By słuchać Wengera, że
zrobił to po raz osiemnasty z rzędu? A potem słuchać, że nasty raz awansował
dalej? A potem nasty raz odpadł w 1/8, ale odpadł przecież znów z elitą –
Barceloną, Bayernem, czy innym – pechowy ten Arsenal – kolosem? No, ale
najlepsi na kolosów przecież już w lutym nie wpadają..
Życzę
sukcesu ekipie Martineza, bo po prostu na niego zasługuje, tak samo jak
mistrzostwa życzę drużynie Rodgersa. Bo to ostatecznie skompromitowałoby
fałszywe tłumaczenia Wengera, dlaczego przez lata nic nie wygrywa. Zresztą, już
kompromituje. Liverpool bije się o mistrza (i zachwyca) bez wielkich
transferów, budżetu, szerokiej ławki, Everton może wypchnąć Kanonierów z
czwórki opierając swą siłę na znakomitych zadaniowcach i wypożyczonych młodych
gwiazdeczkach, niechcianych gdzie indziej.
I
paradoks: Arsenal może, po raz pierwszy od lat, wypaść z elity grając jednocześnie
najlepszy od lat sezon. W którym najdłużej liczył się w walce o mistrzostwo. Czyli
co, symboliczne, że nic już nie powstrzyma ich staczania się w przeciętność, stoczą się akurat
w wybitnym – na ich standardy – roku? Czy tam po prostu wszystko jest na niby: niby-sport, niby-sukcesy, niby-trener?

Całe Twoje rozważanie potwierdza to co mówiłem z jakieś 4-5 lat temu, pomysł Wengera się wyczerpał. Pamiętam, że ty wierzyłeś w wymówki, których Wenger ma zawsze pod dostatkiem;) Do tego te ciągłe kontuzje, które nie biorą się znikąd (zresztą piszesz o tym). Dla mnie jest tam coś nie tak z przygotowaniem fizycznym lub/i coś z całym sztabem zajmującym się zawodnikami po meczach.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak. Miałem nawet o tym wspomnieć, jak mi klarowałeś dawno temu, że ten projekt, ten trener, ten pomysł się wyczerpał, a ja ciągle wierzyłem naiwnie w tłumaczenia Wielkiego Manipulatora (stadion, szejkowie, wymyślanie miliona niby-powodów). Teraz Liverpool to wszystko wyraźnie obnaża.
OdpowiedzUsuńA jeszcze jedno: kiedyś nie było wyników, ale był Arsenal, romantyczny zastępnik. Młodziutkie chłopaczki w lidze, szczególnie na pucharach. Brak wielkich kwot. Teraz nawet już tego nie ma. Skład wcale najmłodszy nie jest, w pucharach też nie wystawia juniorów, wydaje grube miliony już od dawna.
Słowem, nie ma wyników, jak zawsze, ale nie ma też już Arsenalu..
OdpowiedzUsuń> Zastanawiam się dlaczego o tym wszystkim rozważamy, weźmy choćby sąsiada zza miedzy, Totenham - wydał ponad 100 milionów funtów na transfery a ma sie jak sie ma; nie rozkminiamy na drobne menchesteru, który cieniuje jak nigdy, debatujemy o Arsenalu nie bez powodu. Mamy wciaż przed sobą ekipe która nie przegrała 49 meczy z rzędu - boze co to był za sklad! sądzimy ze to wciąż ekipa ktora nie stracila gola w lidze mistrzów przez 10 meczy z rzedu (sezon 2005/2006) gdzie dopiero barca przełamała passe w 75 min w finale (Eto bodajze), myślimy o ekipie ktora jest w stanie zdobyć gola wymieniając dziesiątki podań (wspaniała bramka wilshera z sunderlandem w tym sezonie) gdzie gracze przeciwni nie maja nawet pojęcia gdzie jest pilka. Ta filozofia gry jest jest mi niezmiernie bliska dlatego kibicuje tej ekipie, kibicuje ale absolutnie zgadzam sie z kazym zdaniem powiedzianym/napisanym powyzej. Arsenal w jaki wierzyłem sie skonczył, zresztą ta niby wychowalnia młodych talentów ile tak naprawde wychowała tych talentów a ile kupila (choc to temat na osobny felieton). Skończył się Arsenal tamten bo cos przestało działać, moim zdaniem również jak Twoim Marcinie ten zepsuty rozrząd to Wenger bezsprzecznie, czas się pożegnać i powiedzieć grzecznie - dziekuje. Ale tej ekipie kibicuje i bede jej kibicował, taki już los...kibica.
Ps. Ale kurwa te kontuzje to Macierewicz powinien zbadać, napradwe..
Ostatnie zdanie - mistrzostwo świata! ;)
OdpowiedzUsuńTrzeba by się zastanowić komu oddać ten Arsenal. Klopp? Martinez? Fernandez? Rodgers?
idąc za mediami, żelaznym kandydatem jest Roberto Mancini:) wzmianka ta pojawiła się nie tylko 1 kwietnia; ja bym za wszystkie pieniądze brał Kloppa, temat trenera na lata byłby rozwązany!
UsuńZwłaszcza, że reszta wymienionych raczej nie do wyjęcia na ten moment.A Klopp jak najbardziej, projekt BVB też się chyba wyczerpuje pomału, tzn. on wciąż jest świetny, ale swój szczyt (wygrana liga, puchar, finał LM) chyba już ma za sobą. Dobry kandydat, w dodatku wariat z tonami energii, lubiący młodzież, wynajdujący ciekawych grajków (Kagawa, Lewy). Trzy razy tak ;)
OdpowiedzUsuń