Być jak Bazylea – to znaczy
wyjść naprzeciw renomowanemu rywalowi, nawet na jego legendarnym stadionie, i
w meczu o wszystko grać bez kompleksów, zastawić wysoki pressing, gryźć trawę i
walczyć o każdą piłkę. Ale także kontrolować grę dzięki znakomitej organizacji,
świetnemu wyszkoleniu technicznemu i zwyczajnej odwadze. Być jak Bazylea, to
często być lepszym niż rywale, nawet ci z najwyższej półki.
Jak wczoraj w Liverpoolu.
Pewnie, w ostatnich 10 minutach Anglicy przycisnęli, stwarzali sytuację, w
dodatku grając w dziesięciu. Nie dajmy się jednak zwieść – Liverpool wynikiem i
końcówką meczu przyretuszował makijażem swoją brzydszą tego wieczora twarz, był
bowiem od gości ze Szwajcarii wyraźnie słabszy. Rywale mieli więcej sytuacji,
sensowniej prowadzili grę, wysokim, agresywnym pressingiem demontowali ataki
gospodarzy, zanim te na dobre się rozwinęły. Końcówkę meczu zdominował chaos –
wysuniętym napastnikiem był środkowy obrońca Skrtel, który zajął miejsce
wyrzuconego Markovica, który wszedł za jedynego wysuniętego napastnika
Lamberta. Brakowało tylko, żeby Mignolet zagrał na lewej flance; czasami z
takiego pomieszania z poplątaniem przypadek daje coś absurdalnie niemożliwego. Nic jednak z tego, wczoraj awansował zespół zwyczajnie
lepszy.
Pewnie, Liverpool w tym sezonie
nie jest rywalem wagi ciężkiej, jak już – to poobijanym i ledwie zipiącym byłym
championem, który słania się na nogach. Tyle, że triumf Bazylei nie jest
pierwszym i odosobnionym przypadkiem, ale kolejnym z łańcucha zwycięstw nad
firmami o groźnie brzmiących nazwach. Z Liverpoolem wygrali już w tym sezonie, w Szwajcarii. A wcześniej (dokładnie trzy
lata temu) wyrzucali przecież z Ligi Mistrzów Manchester United samego sir
Alexa Fergusona. Na Old Trafford wyczarowali niesamowite 3:3, u siebie wygrali
2:1. Sezon temu wykopywali z Ligi Europejskiej Tottenham, dotali aż do
półfinału. A zanim obili Tottenham to jesienią dwa razy ograli w Lidze Mistrzów
Chelsea. Zbyt wiele przypadków, by mówić o przypadku, Bazylea od kilku lat
rozbija się tak ładnie na salonach, że tylko ignorant może mówić o wczorajszym
wyniku jako o niespodziance. Niespodzianką byłby w takich okolicznościach awans
Liverpoolu.
I nie chodzi tylko o wyniki,
Bazylea swoją grą daje przede wszystkim satysfakcję estetyczną i emocjonalną. Nie klękają
przed nikim, zwłaszcza u siebie, w gorącym parku Świętego Jakuba rzucają się
rywalom do gardeł, jakby jutra miało nie być. Rywalom nawet najznamienitszym –
napocić musiał się tam niedawno nawet sam Real Madryt. Bazylea łamie stereotyp
kopciuszka, który ugrać wynik próbuje usypiając rywala, czy broniąć się całym zespołem.
Nie, Bazylea rozpala spotkania od samego początku, atakuje z furią, ale i z
wizją, ładnie technicznie, do tego z niezwykłą ambicją, zaangażowaniem i hartem
ducha. Oglądać ich bitwy na rozgrzanym i kipiącym od emocji stadionie w
Szwajcarii, to czysta frajda. Grać tam z nimi, to cholernie ciężka przeprawa.
Projekt Bazel tym bardziej imponuje,
że pochodzi z kraju, gdzie o sukces futbolowy nie łatwo. Klubowa piłka leży,
inni – FC Zurich, Young Boys Berno, czy St. Gallen – sukcesów w Europie nie
osiągają żadnych. Dość powiedzieć, że innych Szwajcarów w Europie pamiętam w
osobach piłkarzy Grasshoppers, którzy od smudowego Lecha dostawali szóstkę przy
Bułgarskiej. Kadra, mimo kilku znanych postaci, to raczej europejski średniak.
Sam futbol uprawiać ciężko, bo kraj górzysty, regularnie zaśnieżony, liga zimą
pauzuje przez trzy miesiące.
A jednak klubowi z Bazylei
udało się zbudować nie tylko zespół regularnie cieszący oko grą i wynikami w
Europie. Udało się zbudować także klub regularnie kształcący i sprzedający
poważnym graczom poważnych piłkarzy za poważne pieniądze. Wychowankami są
między innymi – Xherdan Shaqiri z Bayernu, Ivan Rakitic z Barcelony, czy Gokhan
Inler z Napoli. Na wytransferowanym do Chelsea Salahu udało się zarobić 14
milionów euro. A mimo eksportowaniu największych talentów, to właśnie
wychowankowie napędzają rozrabiaków z Bazylei, o jej sile regularnie stanowi
połowa składu składające się z kształconych u siebie ludzi.
A więc być jak Bazylea, to być
bogatym w mądrość. Mieć sensowną akademię młodzieżową, która regularnie zasila
zespół w pierwiastki talentu, albo zasila budżet ze sprzedaży tychże. Mieć odważny
zespól nie klękający przed nikim, grający ofensywnie i z polotem. Zespół
regularnie grający i rozbijający się w Europie – jak ich wyrzucą z Ligi
Mistrzów, to sobie odbijają w Lidze Europejskiej. Regularnie zarabiającym na
grze w pucharach. Grającym w tej Europie na funkcjonalnym, regularnie
wypełnianym i gorącym stadionie.
Bo być jak Bazylea – nie znaczy
być bogatym. Budżet i przychody Szwajcarzy mają niewiele większe niż Legia
Warszawa. Okoliczności poboczne, jak choćby słaba liga, są niemal identyczne.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz