Tak naprawdę to wszystkich
interesowało jedno - co to będzie za zespół, który przyjedzie na Łazienkowską,
a którego nikt nie zobaczy. Mnie absurd sytuacji tak powykrzywiał mózg, że
chciałem jak największych ogórów, coby szkoda była jak najmniejsza. Bo jak
inaczej? Przyjedzie porządna firma, a takie u nas, nie oszukujmy się, goszczą
rzadko, a już zwłaszcza na wiosnę, bo przecież wiosną to my sami gościmy rzadko
gdziekolwiek. Więc renomowany zespół, mecz roku w Polsce, jeszcze może – nie
bójmy się marzyć – byśmy ich jakoś przepchnęli i takie epokowe wydarzenie w
absurdalnej scenerii pustego stadionu. Ot, futbolowe święto po polsku.
Jest Ajaks, kawał legendy, trochę
teraz jednak przyblakłej. Ale to zawsze Ajaks. Młodziki wyszkolone w kapitalnym
futbolowym uniwersytecie, z naszym Milikiem w dodatku, co dodaje jeszcze
smaczku. Piękny dwumecz się szykuje, więc włodarze legijni całkiem słusznie
wpadli na koncept, żeby kary tak poprzekładać, coby Ajaks tłumy mogły zobaczyć,
a stadion pustką świecił w przyszłym sezonie na jakimś meczu preeliminacji z
półamatorami dla przykładu z Walii. Sprytne, trzeba przyznać, i kibicować
trzeba takiemu rozwiązaniu całym sercem, może się UEFA zlituje, może trybuny
otworzy, może weźmie pod uwagę, że Legia to klub specjalnej troski, bo raz
burdel ma w papierach i wyrzucać ich trzeba z pucharów przez głupotę działaczy,
innym razem zamykać stadion przez tych, co im się wydarzenia pomyliły i myśleli,
że z kamerą wśród zwierząt w Lokeren kręcą. I wczuli się w rolę szympansów
całkiem przekonywująco.
To też ciekawe. Ajaks to
wymarzony rywal dla Żylety przecież. Logistyka piękna – do Amsterdamu blisko,
autostrada non stop, w dzień można pyknąć. Relatywnie tanio. Miasto cud miód,
bo i zajarać można na legalu, i na Red Lights skoczyć, co kto lubi. Stadion
ogromny – biletów nie trzeba by wydzielać. Sektor gości wysoko pod dachem, z
dopingiem można by polecieć aż miło. I ogólnie klawo się pokazać. I przyjaciół
zaprosić z Hagi – dla nich to smaczek też przecież, Ajaks to ich największa
kosa, blisko mają, ugościć i warszawiaków mogliby wspaniale. Wyjazd – marzenie.
No, ale skoro małpopodobnych werbalnie nie udaje się ogarnąć, to jest jak jest.
Piękny samobój lubiących wyjazdy.
Ale może karę uda się jakoś odwiesić.
Jedno mnie ciekawi – jak to legijni działacze się odwołują? Chodzi im tylko o
mecz u siebie, czy zakaz wyjazdowy też chcą przenieść? W pakiecie się odwołują,
czy wręcz przeciwnie – nawet na rękę by im było, by UEFA zakaz wyjazdowy
podtrzymała ewentualnie, mniejsze ryzyko problemów potem, biorąc pod uwagę
gości z Hagi na stadionie. Zresztą, można przypuszczać, że tak czy siak goście
z Hagi na stadionie w Amstedamie pojawić się mogą jakoś, w końcu Holendrzy oni
są przecież, wszystko zależy jak Ajaks będzie dystrybuował bilety. Może nawet
warszawiacy się jakoś wcisną. Może w tym Amsterdamie jeszcze być ciekawie..
Ciekawie w ogóle jest w tej Lidze
Europejskiej. Nie kupuję tekstów, że tam jest nuda i nikt nie chce tego
oglądać. Mogą tak gadać tylko ci, którym w głowie jeno Reale i Bayerny. Których
wyobraźnia i zainteresowania nie sięgają dalej niż popisy Messiego i Ronaldo.
Fakt, może i poziom nieco niższy, wiadomo, ale emocji często więcej, mniej
kalkulują tam i więcej piłki – jak to mawiał mędrzec Engel – na tak. A jak
jeszcze teraz UEFA wymyśliła, i trzeba powiedzieć – dobrze wymyśliła – że
zwycięzca ma gwarantowane miejsce w Lidze Mistrzów, to już w ogóle pysznie może
być.
Bo taki Tottenham na przykład, to
przez ligę angielską to za dziesięć lat najszybciej znowu się dostanie do
Champions League, więc ma o co grać. Tyle że trafił na Fiorentinę, której też
się marzy elita, ale przez włoską im ciężko, choćby z tego powodu, że włoska
coraz słabsza, to i mniej miejsc w pucharach makarony mają. Klawa bitwa się
szykuje, bez ściemniania.
Podobnie Liverpool – sezon
poprzedni miał wspaniały, a w tym bida straszna, o czwórce nie ma co marzyć,
więc lać się warto w Lidze Europesjkiej na całego. Na początek mają Besiktas i
faworytem wcale być nie muszą. Turcy prowadzeni przez Bilica minimalnie Ligę
Mistrzów przegrali z Arsenalem, potem wygrali grupę z Tottenhamem w LE, teraz
spokojnie mogą objechać The Reds. Łatwiej ma Everton, kolejna ekipa angielska,
której marzy się w kraju czwórka, ale większych szans na nią nie mają, więc
powinni się mobilizować w te czwartki szczególnie. Na początek wiosny mają
teoretycznie łatwo – Young Boys Berno.
Tottenham. Liverpool. Everton. Jest
jeszcze Inter, który pałęta się gdzieś w środku ligowej tabeli (gra z
Celtikiem). Napoli (z Trabzonsporem). Sevilla Krychowiaka (ma Monchengladbach).
Athletic Bilbao, które nie ma raczej ponownych szans na podium w Hiszpanii
(kontra Torino Glika). Wszystkie te kluby powinny wybitnie spinać się na
pucharowe czwartki, bo nagrodą główną jest wymarzona Ligi Mistrzów. A jak do tego
dodać jeszcze zesłaną stamtąd Romę (gra z Feyenoordem), Sporting (kontra
Wolfsburg), czy Zenit (przeciw PSV), to Liga Europejska zapowiada się naprawdę
dobrze dla koneserów futbolu trochę szerszego niż kilka klubów z topu.
A nas, Polaków, szczególnie
powinna przyciągać, w końcu to do Warszawy zjadą się na finał najlepsi. I
będzie można ich zobaczyć na żywo. Narodowego chyba nam nie zamkną.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz