Łza się kręci widząc gladiatora Garnetta z zaszklonymi oczyma, widząc popłakującego Pierce'a, widząc szlochającą publikę.
Pierce był w Bostonie od początku (czyli od 1998 roku). Przez dziesięć lat jego nieprzeciętny talent na nic się zdawał, Boston przegrywał, nie miał szans na walkę o najwyższe cele. Aż przyszedł ten drugi, Kevin Garnett, który podobną historię przeżywał w Minnesocie. Razem (był jeszcze ten trzeci - Ray Allen) od razu sięgnęli po mistrzostwo, demolując w finale LA Lakers. Prowadzeni, co należy odnotować, przez zjawiskowego zawadiakę Rajona Rondo i trenerskiego fachurę Doca Riversa.
Na tym jednym tytule stanęło, choć prowadzili jeszcze epickie kampanie, jak ta w finale z Lakers (3:4), czy o królestwo na wschodzie z potęgą z Miami. Niezapomniana ekipa, o czym przypomniała reakcja kibiców w Bostonie.
Dziś Pierce i Garnett służą doświadczeniem i charakterem mistrzów Brooklynowi, który walczy o playoff. Coś mi mówi, że jeśli wywalczy, to na Brooklynie jeszcze klasę starych mistrzów zobaczymy.
Czego im i sobie życzę.
Ps. Wygrzebałem jeszcze to zdjęcie - wstawiam i zostawiam na pamiątkę.

a dlaczego właściwie Pierce odszedł z Celtics? Garnetta jescze jakoś sobie wyobrażam, ale ikonę jaką jest sam Piere to nie za bardzo.zatrzymałem się na czasach Dikembe Mutombo i jakoś nie za bardzo kumam teraz kto z kim i po co:)
OdpowiedzUsuńPrzebudowa drużyny. Niestety w NBA nie szanuje się tak bardzo swoich ludzi, nawet przecież wychowankiem go nazwać nie można, bo tam coś takiego nie istnieje. Sam podobno nie bardzo chciał odchodzić, całe koszykarskie życie tam spędził, ale biznes to biznes, zwłaszcza w zawodowym sporcie za oceanem, Koncepcja z Piercem się wyczerpała i nie ma zmiłuj.
OdpowiedzUsuńw takim razie rachunek jest taki, że faktycznie kibice zachowują się zajebiście, ale klub już nie skoro rozstaje się z ikoną dla czystego interesu. Bo przecież jakość Pierce gwarantuje zawsze - jeśli nie na boisku to na pewno w hali treningowej z takim bagażem doświadczenia. Coś jak sytuacja z Hierro i Raulem w Realu albo Guardiolą w Barcie. Pierdolony świat pieniądza! i chyba też braku szacunku dla dorobku zawodnika.
OdpowiedzUsuńNo to jest generalnie ciężki temat, bo w amerykańskim zawodowym sporcie inaczej patrzy się na te sprawy. Tam nie ma miejsca na sentymenty raczej, zwłaszcza współcześnie. W ogóle amerykański zawodowy sport to inna bajka niż ten europejski. Taki Larry Bird, legenda Celtów, poza parkietem największe sukcesy osiągnął w Indianie, najpierw jako trener, potem działacz. Jordan ma swój klub, ale nie jest to Chicago. Itd.
OdpowiedzUsuńPS. Chociaż Lakersi ze starym już i schorowanym Kobim umowę przedłużyli. Zarabia najwięcej w lidze. Ale Kobi to też wartość marketingowa w LA, taki Beckham parkietu. I fajnie - oglądać Bryanta w jakimś Sacramento na stare lata to byłoby świętokradztwo ;)