czwartek, 2 stycznia 2014

Styczeń - miesiąc bez (piłkarskich) właściwości? Cz.2



11.01: Atletico - Barcelona

Tydzień po klasyku ligi włoskiej (Juventus – Roma) na stadionie Vicente Calderon zmierzą się liderzy ligi hiszpańskiej – Atletico zagra z Barceloną.

Piłkarze Diego Simeone realizują marzenie kibica wyczarowującego z ginowej butelki życzenie o drużynie, która rozbije duopol hiszpańskich gigantów. Gigantów, którzy dominują w lidze już od tak dawna, że nie bardzo wierzymy, iż faktycznie 10 lat temu tytuł mógł zdobyć ktoś spoza pary Barcelona – Real (najlepsza była wówczas Valencia).

Powtórzmy lapidarnie to, co oczywiste: giganci hiszpańskiej piłki zdobyli olbrzymią przewagę nad konkurencją dzięki dominacji ekonomicznej. Globalne korporacje, jakimi uczyniła ich komercyjna nowoczesność, wypracowują ogromne przychody dzięki temu, że w każdym zakątku globu, od Seulu po Kinszasę można kupić produkty firmowane ich nazwą, największe globalne marki płacą krocie za możliwość ogrzania się w bliskości świętych barw, mają największe stadiony generujące największe przychody, co roku wyciągają pokaźne sumy z Ligi Mistrzów i żeby niesprawiedliwość była pełna, to jeszcze prawa do transmisji z ligi hiszpańskiej sprzedają same, tak, by jak największe zyski przeznaczyć dla siebie, a reszcie rzucić nędzne ochłapy. Reszcie, która w dotkniętej kryzysem Hiszpania ledwo wiąże koniec z końcem, jest po czubki głów zadłużona, żeby przetrwać musi sprzedawać swoich najlepszych piłkarzy (często właśnie gigantom), co sportowo jeszcze je osłabia. Kraina Cervantesa nie doczekała się też żadnego dobrodzieja w turbanie, który z dnia na dzień przemieniłby łachmaniarza w księcia, co to rzuci wyzwanie hegemonom. O równej rywalizacji można było jedynie pomarzyć, kształt ligi ustala mamona, zanim jeszcze zabrzmi pierwszy gwizdek sezonu.

Ligi dwóch rzeczywistości, w której osobno o pierwsze miejsce rywalizowały dwa zespoły i o pierwsze miejsce za nimi cała reszta przystawek. Gdzie większość meczów liderów przebiega według tego samego nudnego scenariusza, gdzie ciekawiej robi się tylko dwa razy do roku – przy okazji Gran Derbi.

Aż – na koniec 2011 roku – objął Atletico Diego Simeone, były Atletico piłkarz.

Zespół z Vicente Calderon zaczął nadgryzać święty porządek pomału, lecz systematycznie. Najpierw drużyna Simeone zdobyła Ligę Europy, po pół roku pracy Argentyńczyka, tego samego lata pobiła w Superpucharze Europy samą Chelsea, dając tym samym sygnał, że może wybić się na czoło drugiego planu hiszpańskiej piłki i jest w stanie ruszyć w pościg za Barceloną i Realem. I tak też się stało, w poprzednim sezonie uplasowała się za nimi, wyraźnie nad resztą hiszpańskiego tła, ale też sporo za liderami. Wszystkie cztery ligowe mecze z najlepszymi przegrała, ale na koniec sezonu odniosła historyczny sukces – zdobyła Puchar Króla pokonując w finale, po dogrywce, Real, w dodatku na jego stadionie, kończąc okres 14 lat bez zwycięstwa nad rywalem zza miedzy.

Atletico lepszego sygnału, że należy traktować drużynę poważnie, nie mogło dać. Wygrało w meczu kończącym pracę w Madrycie wielkiego Mourinho, sprawiając, że wielki trener nie wygrał w zeszłym roku żadnego trofeum – co nieczęsto mu się zdarzało – i odszedł z Madrytu pokonany. W tym sezonie, jakby dla potwierdzenia, też wygrali gracze Simeone na Santiago Bernabeu, już ligowo, i usadowili się w samym czubie La Liga, rozdzielając zastany duopol i jako jedyni idą łeb w łeb przez całą jesień z Barceloną. I jak w każdej bajce o kopciuszku tak i tu nie bardzo dowierzamy, że mogą wytrzymać do końca, ale już sukcesem jest, że nie pytamy "kiedy padną?", ale "czy padną?"

A paść wcale nie muszą. Simeone jest trenerem o mentalności zwycięzcy, przyzwyczaił się do wygrywania już jako zawodnik. Ze swoim Atletico wygrał ligę i okrasił to jeszcze Pucharem Króla (1996 rok). Z Lazio na przełomie wieków wziął potrójną koronę.

Swojemu zespołowi nadał własną osobowość. Atletico zachwyca nie tyle zwycięstwami, co ich sposobem. Gracze Simeone rzucają się rywalom do gardeł jak wściekłe psy, najchętniej rozszarpują zaraz po pierwszym gwizdku, nie godzą się z wynikiem innym niż własne zwycięstwo, żelaźnie bronią i zajadle atakują, kontrolowana, twórcza agresja to ich znak rozpoznawczy. Na 17 rozegranych kolejek wygrali 15, tyle samo, co Barcelona, stracili najmniej bramek. A gdyby nie ostatni kwadrans w Sankt Petersburgu – wygraliby wszystkie mecze w Lidze Mistrzów, jako jedyni w elicie. Są bezkompromisowi na każdym froncie.

Argentyński trener studzi zapały mówiąc, że nią są na tym samym poziomie, co wielcy hiszpańscy rywale, że na tytuł nie ma za bardzo co liczyć, ale trudno nie odnieść wrażenia, że to słowa tylko pod publiczkę. Simeone był człowiekiem środka pola, wyspecjalizowany w morderczej walce z największymi boiskowymi zakapiorami, człowiekiem do zadań specjalnych, który krwią, potem i łzami dążył po trupach do celu. Grając jako defensywny pomocnik (a był jednym z najlepszych na tej pozycji) potrzeba umiejętności piłkarskich, ale jeszcze bardziej cech wolicjonalnych. Tam nie ma miejsca na dylematy, wątpliwości, słabostki. Zawahasz się, to zginiesz. Jego piłkarska pozycja jest kluczowa w rozumieniu zespołu, który prowadzi, bo chce go widzieć takim, jakim był sam na boisku – jako drużynę, która nie zastanawia się, czy rzucać wyzwanie rywalom, nie boi się rywalizacji, wierzy we własne sukcesy, szaleńczo do nich dąży.

A Barca? Zdaje się, że ciągle szuka samej siebie po odejściu Guardioli. Obroniła tytuł przed rokiem, ale upokorzył ją w Lidze Mistrzów Bayern. Po roku odszedł, zmuszony chorobą, trener Vilanova, pracę dopiero co rozpoczął nowy trener, w europejskiej piłce debiutant, i próbuje nadać drużynie własny szlif. Mam wrażenie, że czasami ten zespół oceniany jest niesprawiedliwie, przez pryzmat ekipy Guardioli, która – jako drużyna zjawiskowa – fruwała ponad ziemią, zazwyczaj poza zasięgiem rywali. Kiedy jeden jedyny raz w tym sezonie przegrała w lidze, na gorącym stadionie świetnego Athletic Bilbao, rozpoczęły się lamenty i krzyki: „Kryzys!”. Co chwila słychać płacze o słabą obronę, nieruchliwy atak. A ta słaba obrona straciła tylko jedną bramkę więcej niż wspaniale broniące Atletico, a nieruchliwy niby atak strzelił najwięcej goli w lidze, tyle samo, co zjawiskowy w ofensywie Real. Nagromadzenie talentów skazują Barcelonę na grę o najwyższe stawki i w tym sezonie drużyna Taty Martino robi to znakomicie. To wciąż wspaniały zespół, absolutna elita, ale już nie, jak za Guardioli, drużyna nie do ugryzienia. I z tym niektórym tak ciężko się pogodzić.  

Mecz z Katalończykami Atletico zagra u siebie, przy wrzącej publice, tym meczem zamknie rundę i jeśli drużyna Simeone wygra – będzie w połowie sezonu pierwsza, trudno wyobrazić sobie lepszy dla nich scenariusz niż wysforowanie się na czoło tabeli kosztem mistrza i lidera, tuż przed rundą rewanżową. Mecz sezonu? Na pewno najważniejszy mecz w Hiszpanii do tej pory. Być może ten najważniejszy w ogóle odbędzie się w ostatniej kolejce, kiedy na Camp Nou dojdzie do rewanżu, pytanie, czy będzie to mecz o tytuł? Możliwe, ale dla takiego scenariusza kluczowy może okazać się ten na Vicente Calderon, który już lada moment.     

11 komentarzy :

  1. Atletico urzeka swoją grą nie tylko z tyłu i do tego jeszcze łupią w ofensywie, ąz miło.
    Tylko, że mi zdnaiem jest jedno i to wielkie ale dotyczace ławki. Ta samo Barca jak i Atletico zwyczajnie mają je za krótkie i w porównaniu z Realem wypadają bardzo blado.
    Jeśli wezmiemiy pod uwagę Ligę i Puchary to ławka jest niezbędna. Obym się mylił, ale rozsąek podpowiada mi niestety, że Atletico będzie triumfatorem półmetka a na koniec jak zwykle mistrza rozyrzygną między sobą Barca z Realem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś w tym jest. Rozdawać karty może też Liga Mistrzów, Barca może pożegnać się z nią za chwilę (City), drużyny madryckie przetrwają zapewne dalej. Osobiście trzymam kciuki za Atletico, ożywili hiszpańską, oby wytrzymali do końca. Nie to, żebym chciał dla nich mistrzostwa, ale fajnie by było, żeby zdecydowała ostatnia kolejka i mecz Barcelona - Atletico - to by było dopiero ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawym sprawdzianem przed Barca' była Malaga na wyjezdzie dla chłopców z Vicente Calderone i nikt inny jak kolejne objawienie tegoz sezonu Koke i kolejne 3 pkt dla ekipy Diego. Choć do mistrzostwa rzeczywiscie nie są faworytem na papierze wydaje sie najsilniejszy Real chocby pod wzgledem ławki ale całe szczescie paipier nie gra.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale zwróćcie uwagę na jedno: Simeone stworzył drużynę, dosłownie, nawet wyjęcie z niej jednego gracza, nawet najlepszego, gwiazdę, wcale tej drużyny nie osłabia. Ktoś jeszcze w Madrycie pamięta Falcao? Odeszła gwiazda absolutna, a zespół się nie osłabił, a jeszcze wydaje się silniejszy. To jest ogromny sukces, coś czuję, że Diego w zanadrzu trzyma tam jeszcze jakieś niespodzianki ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ps. Jedyny transfer, który zachwiałby chyba zespołem, to transfer trenera. Do którego prędzej, czy później, nie oszukujmy się, dojdzie. Nie chcielibyście zobaczyć jak warsztat Simeone weryfikuje Anglia? Albo np. reprezentacja Argentyny, hm?

    OdpowiedzUsuń
  6. ale z drugiej strony jest ekipa Barcy, w ktorej po kontuzjach wracaja kolejni gracze, a mimo wszystko ich zmiennicy ciągle dają radę.Taki Montoya, nie można powiedzieć, że ot gwiazda defensywy, ale gra ostatnio bardzo solidnie i przy słabej formie Alvesa jest dobrą alternatywą. Od dawna z obroną był kłopot a tu mamy 4 środkowych i na bokach też praktycznie po 2 no pozycję. Bartra ograł się już z Pique i wygląda to dla mnie lepiej niż dobrze. Ale co jest jeszcze ważniejsze to fakt, że Martino stawia na Songa, a ten gra znakomicie. nie ma go z przodu, ale poczekajmy, ona jescze zacznie łupać, a póki co ilośc odbiorów i gra defensywna jest w jego wykonaniu imponująca. Jeśli dodamy jeszcze z przodu Sancheza - no wreszcie pokazuje na co go stać. Chyba absencja Messiego wyjdzie wielu jego kolegom na dobre... Już nie mogę się doczekać City!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie, że o Songu wspomniałeś, to jak dla mnie powinien być wyrzut sumienia Barcelony, jak wcześniej Yaya Toure. W obu przypadkach skupiono się na ich walorach defensywnych, kneblując możliwości ofensywne, które są tam samo duże. Pamiętacie Toure, który rzadko przekraczał środkową linię boiska? A teraz w City imponuje w ofensywie, strzela, asystuje, buduje akcje. I nie, że dopiero się tego nauczył, on już w Monaco to pokazywał. Tak samo Song, te jego asysty do Van Persiego w Arsenalu, miód. Szkoda tego potencjału, ale taki urok klubu chyba, że mają w ofensywie taki potencjał, że kolejny atakujący jest zbędny. Chociaż Martino próbuje to zmieniać, na razie nieśmiało, podciąga Busquetsa pod pole karne rywali, namawia do rozgrywania, strzelania, a Sergio pokazuje, że i to potrafi robić. Fajnie by było, jakby dm Barcy bardziej wykorzystywać w ataku.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ps. No i jeszcze Songowi trafił się rywal do gry w osobie Sergio.. A Song w Arsenalu obwoływany był - i chyba słusznie - jednym z najlepszych dm na świecie. Najlepszy swego czasu, Mascherano, musiał uciekać do obrony, by grać.. Szkoda Songa, taki potencjał ławki regularnie nie ugniata chyba nigdzie.

    OdpowiedzUsuń
  9. To prawda, Song to świetny gracz nie zbyt umiejetnie wykorzystywany przez Barcelone, zwłaszcza za czasów Tito. Tata stara się go wkomponować, niemniej jednak kompletnie nie zdziwie się jak go sprzedadzą za góra 15 mln zeby uzbierać na kolejnego ofensywnego grajka za kilkadzisiąt.

    OdpowiedzUsuń
  10. patrząc na brak formy u Sergio to póki co Song jest dla mnie numerem 1 na defensywnym. pewnie oburzą się miłośnicy Busquetsa, ale ja naprawdę osobiście widzę potężny potencjał i może nawet da się go kiedyś porównać do tzw "króla słońca":) idziemy w dobrym kierunku i oby powrót Messiego nie zburzył tego co już udało się zbudować Martino z piłkarzami których ma do dyspozycji... (znajomi Hiszpanie twierdzą że Messi to oczywiście wspaniały piłkarz, ale też debil nie szanujący kolegów z drużyny a szatnia to jednak szatnia i tam wszystko grać powinno).

    OdpowiedzUsuń
  11. To jest ciekawe, bo zawsze mówiono, że to dobry chłopak, z ciężkim zdrowotnie dzieciństwem, poza piłką nic go nie obchodzi, żaden celebryta i w ogóle wzór cnót. W przeciwieństwie do wiadomego Portugalczyka. Od jakiegoś czasu narracja się zmienia - nie taki wcale cukierkowy niby ten Leo, ustawia wszystkich, egoista, nie szanuje rywali, ani nawet partnerów i w ogóle przyjemniaczek. I bądź tu mądry..

    OdpowiedzUsuń