W sobotę na trybunach BVB zasiadł milionowy fan, znaczy, już ponad milion biletów sprzedała jedna tylko Borussia w tym sezonie. Cała Bundesliga jest najchętniej oglądaną z trybun ligą w Europie: ze średnią frekwencją ok. 43 tysięcy ludzi (druga w zestawieniu angielska – ok. 35 tysięcy, trzecia hiszpańska – ok. 30 tysięcy). Chętniej na całym świecie chodzi się tylko na amerykańską NFL.
Kibice przychodzą na ultranowoczesne, lśniące stadiony, na których jest miejsce dla wszystkich – i dyrektorów korporacji w lożach za tysiące euro, i młodych ultrasów dbających o atmosferę, którzy za wejściówki płacą euro kilkanaście. Szerzej o znakomitym zarządzaniu niemieckimi trybunami już pisałem (w tym miejscu), do tamtego tekstu mógłbym dodać wypowiedź Christiana Seiferta, który na pytanie, wiecznie aktualne nad Wisła, o skuteczną walkę z chuligaństwem, trzeźwo zauważa: „Dla chuliganów nie może być miejsca na stadionie, ale trzeba uważać, by jednocześnie nie usunąć z niego zagorzałych kibiców, którzy czują przywiązanie do klubu, wolą stać, śpiewać, rozkładać duże flagi, niż spokojnie siedzieć […] W Bundeslidze to się udało. Tzw. fanatyczni kibice są w wielu klubach, mają swoje stojące trybuny i funkcjonują równolegle do rodzin z dziećmi”
Seifert – to czołowa postać niemieckich władz piłkarskich, przez lata odpowiedzialny za kierownictwo strategiczne, dzięki jego zarządzaniu DFL osiągnęła rekordowe przychody niemal w każdej dziedzinie funkcjonowania.
Na komfortowych i wypełnionych stadionach oferuje się kibicom wybitnie konkurencyjny produkt: w Bundeslidze strzela się najwięcej bramek spośród czołowych europejskich lig – 3,53 gola na mecz w tym sezonie (3,40 w La Liga, 3,15 w Premiere League).
Na murawy wybiegają gwiazdy, które albo zaraz wyciągają najsłynniejsze kluby (Ozil, Khedira, Kagawa), albo chcą wyciągnąć (der Stegen, Reus, Draxler), albo jeszcze takie, którym za granicę nie pozwala wyjechać Bayern (Goetze, Lewandowski, być może wspomniany Draxler). Nawet, jeśli ligę ktoś znaczący opuszcza, za chwilę pojawia się na jego miejsca następna perełka wyłowiona z juniorskich akademii. Julian Brandt (Leverkusen), Timo Werner (VFB), Max Meyer i Donis Avdijaj (Schalke). Albo już regularnie grają w pierwszych składach, albo za chwilę zaczną, zapamiętajcie te nazwiska, niedługo będzie o nich głośno. „Na świecie jest kilka klubów, którym się nie odmawia, które zapłacą każde pieniądze. I tego nie zatrzymamy. Ale w Niemczech piłkarze zarabiają dziś bardzo dobrze. Telefon z piątego klubu ligi hiszpańskiej czy angielskiej nie skusi już każdego. A nawet, jeśli odejdzie, na jego miejsce przyjdą nowi, bo mamy zdrowe podstawy, mnóstwo młodzieży. Nowy Oezil ma dziś 14 lat i gra w jednej z młodzieżowych drużyn Bundesligi” – mówi Seifert.
Świat się zastanawia, skąd oni ich, do diabła, biorą, wytłumaczenie tkwi nie w niespodziewanie genialnym pokoleniu, ale wydajnym systemie, stworzonym po klęsce kadry na mistrzostwach Europy: „Po Euro 2000, gdy nie wyszliśmy z grupy, podjęto najważniejszą decyzję w historii niemieckiej ligi. Do uzyskania licencji na grę w Bundeslidze trzeba odtąd mieć obowiązkowo akademię dla juniorów. Dziś przy klubach trenuje codziennie ok. 5 tys. juniorów. Wśród 16-latków 12 zawodników musi być obowiązkowo do dyspozycji niemieckich kadr narodowych […] Najważniejsze jest nie to, czy masz zdolnych 7-10 latków, ale czy masz boiska, trenerów i system, żeby ich wyszkolić. My już mamy. 4 procent z klubowych budżetów idzie na szkolenie młodzieży” – raz jeszcze Seifert.
Jednocześnie za znakomity poziom sportowy nie trzeba płacić wybitnie drogo – najtańsze sezonowe karnety na Bayern, europejskiego dominatora nie od dziś, kosztują mniej nie tylko od tych Arsenalu, czy Chelsea, ale nawet Juventusu i Interu.
Niemieckie zamknięte koło sukcesu – niedrogie bilety na komfortowe, pełne rozśpiewanych kibiców trybuny i znakomity poziom sportowy na murawie. Bo to właśnie ów poziom jest kluczowy: „Euro czy MŚ nie mają wielkiego wpływu na ligę. Po mundialu w Niemczech nie odnotowaliśmy żadnego zauważalnego przełożenia ekonomicznego. I na to właśnie trzeba uważać. Taka impreza być może przyciągnie na stadiony nowe osoby, które dotąd na nie nie przychodziły, ale żeby przełożyło się to na ligę, one muszą potem przyjść na ligę. To klub i poziom całej ligi ma przekonać widza, że warto chodzić na mecze, co bywa trudne, jeśli poziom gry odbiega od tego, co kibic zobaczył podczas MŚ czy Euro” – twierdzi Seifert, odkłamując jednocześnie mit powstały w Polsce, gdzie myślano, że mistrzostwa i same nowe stadiony napędzą koniunkturę na ligę. Bzdura. Koniunkturę na ligę może napędzić tylko sama liga, na nowych stadionach rekordowe frekwencję odnotowano jedynie w momencie ich otwarcia. Ludzie przyszli zobaczyć nowy stadion, zobaczyli, nie wrócili; poziom rozgrywek nie zatrzymał ich na dłużej. Odwrotnie niż w Niemczech.
I, być może, najważniejsze: wszystko to nie jest oderwane od rynkowych realiów, ale im podporządkowane. W poprzednim sezonie Bundesliga odnotowała rekordowe obroty – 2,17 mld euro, najwięcej w historii. To dziewiąty sezon z rzędu z poprawionym wynikiem. Co jednak kluczowe – 17 z 18 klubów przyniosło zyski, to też kolejny sezon z poprawionym wynikiem ilości rentownych klubów.
To wyróżnia Bundesligę spośród innych lig, bo chociaż w wysokości obrotów ustępuje angielskiej Premier League (tylko jej), to jako jedyna na siebie zarabia. Anglię pompują funtami obcy przybysze – szejkowie, rosyjscy oligarchowie, Amerykanie i Azjaci, którzy funkcjonują daleko od zbilansowanych budżetów. Wydają setki milionów własnych fortun, zadłużając kluby wobec samych siebie na sumy nie do spłacenia. Długi najlepszych idą w setki milionów (poza najzdrowszym w stawce Arsenalem), cała liga zadłużona jest na miliardy. Podobnie w Hiszpanii – Barcelona i Real od lat żyją na kredyt, reszta ligi błaga urzędy państwowe, by te nie egzekwowały należności, bo przyjdzie klubom zbankrutować. Podobnie we Francji – oprócz sztucznie wspomaganych PSG (szejkowie) i Monaco (rosyjski oligarcha) reszta ledwie zipie; w Marsylii księgowi trzęsą się ze strachu przed brakiem awansu do Ligi Mistrzów, bo bez europejskich pieniędzy nie bardzo będzie co liczyć. A OM to najpopularniejszy klub we Francji. We Włoszech od lat taka nędza, że nikt z wielkich nie chce tam grać, wyjątki w postaci Juventusu i Napoli, to przypadki najnowsze.
Europejski futbol od lat żyje na krechę, kluby niemieckie to zielona wyspa szczęśliwości. Jeśli Platiniemu udałoby się przeforsować zasady finansowego fair play, czyli wydajesz tyle, ile zarabiasz, ale bez ściem, to tylko Niemcy nie będą mieli się czego obawiać. Oni już od lat nie wydają więcej, paradoksalnie, największym orędownikiem takiej strategii był – były już – menadżer Bayernu Uli Hoeness, który zasad zawodowych nie wprowadzał jednak we własne życie, i za machlojki, oraz hazardowe uzależnienie, doczekał się wyroku kilku lat odsiadki.
Ale cała niemiecka kultura piłkarska trzyma się żelaznej zasady zdrowej ekonomii. By jeszcze raz przywołać Christiana Seiferta: „Złe długi powstają w ligach, gdzie właściciele pożyczają na klubowe wydatki 100 mln, na koniec roku okazuje się, że wszystko przepadło, więc znów pożyczają 100 mln i po pięciu latach klub ma 500 mln euro długów. W Niemczech taka sytuacja jest niemożliwa, bo jest inna struktura właścicielska - nie ma jednoosobowych własności, autorytarnych rządów. Jest też zupełnie inna mentalność biznesowa. U nas klub, który przez pięć lat przyniósłby 500 mln euro strat, byłby pożarty przez media i opinię publiczną za rozrzutność, złe gospodarowanie”.
Ważna jest przywoływana struktura właścicielska: pojedyncza osoba nie może mieć więcej niż 49 procent udziałów. To sprawia, że niemieckie kluby nie są zbyt atrakcyjne dla szemranych właścicieli z Rosji, czy innych Azjatów, którzy traktować je chcą (jak choćby w Anglii), jak swoją własność i robią w nich, co im się żywnie podoba.
Jeśli opisywać Bundesligę przez pryzmat ich najlepszych drużyn, to można przyjąć, że cała niemiecka piłka ma twarz Borussi Dortmund, powolnie odbudowującej się z gruzów, z długów, przez mądre i zdrowe zarządzanie powracającej na sam szczyt finansowy i sportowy (uwierzycie, że w 2005 roku w rankingu UEFA doganiała Bundesligę liga rumuńska? Było poważne zagrożenie, że dogoni i zabierze jej jedno miejsce w europejskich pucharach). A za chwilę może mieć twarz Bayernu – europejskiego giganta, którego stać na każdego piłkarza świata (ale programowo niewydającego więcej niż określona suma).
Bundesliga – liga jutra? A może jutro jest już dziś?

W futbou jest tak że komuś się kibicuje, kogoś sie lubi bardziej, ktoś gra fajniejszą piłke, ktoś preferuje kapitlny futbol kompletny, ktoś destrukcje i wybijanie by w końcówce ukąsić, ktoś przybadł do gustu a ktoś nie ale wszsytko opiera się na prostej sympatii. I tu pojawia się problem z bundesligą w mojej osobie. Ja jej poprostu niecierpie, doceniam ale niecierpie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie że trzymam kciuki za Augsburg czy Koeln a jak akurat nie grają to będe kibicował Werderowi bo grają do przodu. Rozwój ligi niemieckiej jest wprost proporcjonalna do rozwoju kadry i faktycznie wspomnaiane w tekście euro 2000 było przełomowe. Zachodni sąsiedzi pokazali nam jak się wychodzi z kryzysu i wstaje z kolan, rodzi się więc pytanie:dlaczego my (tak górnolotnie) Polska,będąca w kryzysie odkąd pojawiłem się na świecie a lat kilka temu to było jest w dołku i mając taki wzorzec (dzialający przecież w podobnych realiach) tuż tuż kompletnie z niego nie czerpie? Był jeszcze niedawno Antek i jego kominek ale nawet Antka już nie ma a i tak nie widze byśmy sie chociaż minimalnie rozwijali. Nie w podobnym tempie, minimalnie.... chociaż.
OdpowiedzUsuńTrochę się może rozwijamy jednak. Nie ma Laty, jest Boniek. Zmieniona okładka, zawartość merytoryczna tego, co w środku, ciągle jednak ta sama.
OdpowiedzUsuńPs.Ja mam podobnie, ale z Orange Ekstraklasą. No, może trochę inaczej, ale wspólny mianownik jest ;)